Rammstein – “Rammstein”(2019)

Dziesięć długich lat trzeba było czekać na nowy krążek skandalistów zza naszej zachodniej granicy. Choć zespół przez ten czas oczywiście nie próżnował i oprócz grania licznych, coraz to bardziej hucznych koncertów, wydał również live albumy i kompilację z największymi hitami (do której przy okazji nagrał premierowy  Mein Land), zaś poszczególni członkowie składu rozwijali w tym czasie swoje solowe projekty (Lindemann Tilla Lindemanna oraz Emigrate Richarda Kruspe). Niedosyt po niekoniecznie w pełni udanych krążkach Rosenrot oraz Liebe Ist Fur Alle Da zaspokoić można jednak dopiero teraz, dziesięć lat po premierze tego drugiego. Czy długo wyczekiwany siódmy album Niemców spełnia pokładane w nim oczekiwania?

Różnorodność, przebojowość – te dwa słowa musiały przyświecać zespołowi w studio nagraniowym. Rammstein przy okazji swojego pozbawionego tytułu albumu zaskakuje nie tylko znakomitym (i kontrowersyjnym, a jakżeby inaczej) teledyskiem do świetnego Deutschland, ale przede wszystkim zróżnicowaniem swojej oferty. Obok mocnych, klasycznych dla sekstetu gitarowych utworów, takich jak Zeig Dich czy przywołującym skojarzenia z początkowym okresem działalności kapeli fantastycznym Tattoo, znajdziemy tu silnie naznaczone nowoczesną, dyskotekową wręcz elektroniką petardy w postaci singlowego Radio czy udanego (choć trochę czasu musiało minąć, abym tak stwierdził) eksperymentu jakim jest Ausländer. Przebojowość tych utworów kontrastuje zaś z ciężką, przytłaczającą wręcz atmosferą, jaką zespołowi udaje się wykreować w Hallomann czy ambitnym Puppe, w którym psychopatyczne wokale Lindemanna są po prostu majstersztykiem. Większe niż zwykle wykorzystanie elektroniki zauważyć można również w znakomitym, monumentalnym Weit Weg oraz niestety dosyć nijakim Was Ich Liebe. Tradycyjnie znalazło się również miejsce dla śpiewania o seksualnych uniesieniach (to w utworze o prostym i konkretnym tytule Sex ) oraz dla ballady – chociaż króciutki Diamant jest jedną z najgorszych ballad, jakie sekstet stworzył. Nie znaczy to jednak, że jest ona zła – po prostu ten zespół stać na więcej. Standardowo ciekawie jest też w warstwie lirycznej albumu. Oprócz kiepskiego tekstu do Sex zespół porusza również tematy ważne (historia, uczucia względem ojczyzny, przewinienia Kościoła), nie zabraknie też chorych jazd, z jakimi  Rammstein się kojarzy – tutaj posłuchamy o siostrze-prostytutce, odgryzaniu głowy lalce czy sugestywnej historii małej dziewczynki zapraszanej do samochodu. Takich „atrakcji” doprawdy nie znajdziecie nigdzie indziej.

Pochwalić muszę również mocarne brzmienie krążka, które na pewno doceniają również moi sąsiedzi oraz ładne, minimalistyczne wydanie – od okładki począwszy do samego wnętrza edycji specjalnej, które składa się jedynie z książeczki z tekstami oraz fotografii muzyków – wszystko w formacie DVD. W tym aspekcie nie ma niczego prowokującego. Żadnych sesji wzorowanych na martwych płodach w formalinie czy przesyconych seksualnością zdjęć – po prostu zwykłe, biało-czarne fotografie muzyków. Ładnie i bez kontrowersji.

Główne pytanie przy ocenie tego wydawnictwa brzmi – czy odpowiada ci bardziej przebojowa niż kiedykolwiek wersja Rammsteina? Czy nie przeszkadza ci podbita liczba chwytliwych refrenów i zwiększenie wagi elektroniki kosztem potężnych, gitarowych walców? Osoby udzielające na te pytania odpowiedzi przeczącej, z wielkiego powrotu kapeli raczej nie będą zadowolone. Druga grupa poczuje się jak w raju. Siódmy krążek zespołu jest przesycony podbijaczami aren, w których nasi sąsiedzi już niebawem będą występować, a ja wprost nie mogę doczekać się lipcowego koncertu w Chorzowie. Słuchając „zapałki” bawiłem się świetnie, krążek jest zapamiętywalny i stanowi wspaniały powrót zespołu do formy, w jakiej nie słyszałem go chyba od czasów Mutter. Mam jedynie nadzieję, że na kolejną dawkę nowej muzyki od sekstetu nie będzie trzeba czekać tak długo.

 

Ocena: 8.5/10

Rammstein na Facebooku

 

 

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , .