Rigor Mortiss – “Wbrewny” (2019)

Płocki Rigor Mortiss to jeden z tych projektów, który doskonale pokazuje umowność, jeśli wręcz nie pustkę muzycznych etykietek. O ile jeszcze oblepienie wydanego trzy lata temu BRUDU nalepkami w rodzaju industrial, ambient czy post punk można było jakoś obronić i mądrze tłumaczyć, o tyle na Wbrewnym muzycy poszli jeszcze dalej w mieszaniu klimatów, emocji i środków ekspresji. Tym niemniej, chociaż można powiedzieć o tym albumie wiele różnych rzeczy, to na pewno nie to, że jest chaotyczny. Wbrewny sprawia wrażenie całkiem nieźle przemyślanego, zarówno, jeśli chodzi o zawartość jak i konstrukcję, choć może się to nie wydawać tak oczywiste od pierwszego odsłuchu.

Jak dla mnie jest to album absolutnie najlepiej brzmiący słuchany w całości, i gdy poświęcimy mu pełną uwagę. Jasne, ambientowy, najdłuższy dziesięciominutowy Vires Spatii może być muzyką tła, ale odnoszę wrażenie, że pojawia się w blisko połowie płyty nie bez powodu, bo Wbrewny zdaje się jest podzielony na dwie części. Pierwsza to trzy kompozycje osadzone mocno w „swansowych” klimatach znanych z The Seer czy To Be Kind. Otwierający Dream Catcher w całym swoim noise’owym, industrialnym chaosie świetnie kontrastuje z mechanicznie uporządkowanym Cyborgernas Bon, gdzie dodatkowego niesamowitego klimatu dodaje głęboki wokal gościnnie występującego Hansa Seveda Akkesona. Trzeci Incantations, dla odmiany prowadzony wysokim wokalem, jeszcze dodatkowo podbija ten transowy klimat.

A potem następuje nagła zmiana, gdzie wspomniany wyciszający Virens Spatii sprawia wrażenie punktu przejściowego przygotowującego na zmianę klimatu. Doskonały Sorgens Stigar wymyka się jakimkolwiek szufladkom i porównaniom. Bo niby mamy tu ambient gdzie rządzą syntezatory i ponownie głęboki, hipnotyzujący głos Akessona, ale duchem jest to kompozycja wręcz folkowa. Rigor Mortiss robi tu pozornie zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, przechodząc od fabryki pełnej cyborgów na środek lasu, a mimo to nie brzmi to na zabieg ani wysilony ani przypadkowy. I kiedy wydaje się, że nic już bardziej nie zaskoczy, to wskakuje bujający, praktycznie piosenkowy Last Sirens, prowadzony basem i kontrastującymi wokalami Małgorzaty Florczak i Macieja Stolińskiego.

Bo Wbrewny to właśnie album kontrastów, ale tak umiejętnie dobranych, że doskonale się dopełniają i tworzą razem coś wyjątkowego. Escape from the Flashback najbardziej przypomina mi to, co słyszałem już na BRUDZIE i znowu wraca nieco w swansowe klimaty – może nawet za bardzo. Wrzucenie jeszcze jednego cięższego akcentu pod koniec płyty samo w sobie było słusznym pomysłem, ale utwór jakby nieco odstawał od całości. Tym bardziej że na zakończenie dostajemy znowu piękną i wyjątkową kompozycję, jaką jest spokojny, oparty na basie i syntezatorach Cormorant Island.

Wbrewny jest równie wymagający, co różnorodny i zaskakujący. Inspiracje są tyleż widoczne, co bez znaczenia, bo ciężko mi znaleźć album, który miałby taki właśnie klimat i tak zgrabnie przechodził między pozornie zupełnie odmiennymi muzycznymi światami.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , .