Rise – “Derange” (2019)

Na początku w ogóle nie chciało mi się słuchać tego albumu. Pomyślałem, że to pewnie kolejna, nic nieznacząca i nic niewnosząca dawka muzyki, która wypadnie z głowy jeszcze szybciej, niż do niej wpadła. Ale Rise prezentuje mieszankę heavy i thrash metalu, z naciskiem na ten pierwszy, a w tej kategorii dawno nic ciekawego się nie działo, więc może tym razem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Rise jest zespołem hiszpańskim, a z takich, jakby nie patrzeć, dość egzotycznych miejsc czasem trafiają się cudowne strzały. 

Krótkie intro nie zrobiło absolutnie żadnego wrażenia, ale już mocny, szybki riff Awaken sprawił, że puls nieco podskoczył. Każdy go słyszał niezliczoną ilość razy, ale co tam. Szkoda tylko, że potem zespół nieco zwalnia, trochę na modłę środkowego Exodus, jednak odpowiednio nowocześniej. Jest jasne, że Derange to album bardzo współczesny, bo ani brzmieniem, ani sposobem budowania numerów nie nawiązują do zamierzchłych czasów świetności heavy i thrash metalu. To ani zaleta, ani wada, po prostu fakt. Tu i tam przemycają trochę rwanych chórków w refrenach, ale znacznie bliżej im do thrashowych, nawet hardcore’owych wrzasków, niż do starego, europejskiego heavy. In Disguise to nic innego, jak okraszone nowoczesnym brzmieniem przypomnienie, że kiedyś w Hiszpanii mieli zespół Muro (a może mają nadal?). Do czasu, bo numer szybko zamienia się w coverowany odrzut z pierwszej płyty Helloween i biegnie sobie już na tę modłę do końca. Meek to znów duży ukłon w stronę Exodus, tym razem tego współczesnego i niewiele więcej, bo doprawdy trudno wyłowić coś ciekawszego w kawalkadzie topornych i zwyczajnie nudnych motywów. Szybsze bicie serca może spowodować speed metalowy, nieco nerwowo zagrany Fire On The Road – całkiem zgrabna, chwytliwa piosenka, gdyby tylko wokalista wykrzesał z siebie więcej ognia, to byłoby super.

Do końca płyty niespodzianek w zasadzie brak – zarówno pozytywnych, jak i skrajnie negatywnych. Jest poprawnie, wszystko ma ręce i nogi, jest porządnie zagrane i brzmi jak trzeba. Aż nazbyt zachowawczo, jakby chłopaki nagrywali z jakimś podręcznikiem w ręku i ściśle trzymali się wytycznych. Nie pozwalają sobie nawet na cień szaleństwa, na żadną zagrywkę, która mogłaby pozornie odstawać od normy, na żadne, nawet najmniejsze odstępstwo. Druga połowa płyty jest niestety skrajnie przeciętna i przez to skrajnie nudna. Heavy metal od szablonu nie ma szans nikogo zainteresować.

Nie wiem skąd się bierze ta zastanawiająca, kompozycyjna przeciętność. Może to typowa choroba wieku dziecięcego, częsta u debiutantów, a może wynik dziwnie pojętej skromności, w myśl której i tak zespół nie ma żadnych szans na wypłynięcie na szersze wody. Szkoda, bo Panowie grać potrafią i dysponują porządnym warsztatem. Może gdy pierwszy szok minie, w muzyce Rise coś zaiskrzy.

Ocena: 6/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , , .