Rituals of the Dead Hand – “Blood Oath” (2018)

Niby rok dwa tysiące osiemnasty już dawno za nami, a jednak dalej powraca, przynosząc kolejne pominięte krążki. Jeżeli miałyby wśród nich być debiuty takiej, jak ten longplay, nie mam nic przeciwko.

Pierwszy album belgijskiego Rituals of the Dead Hand jest bowiem naprawdę porządnym kawałkiem bluźnierstwa z pogranicza doom, death i black metalu. Przez czterdzieści minut i pięć numerów potrafi zapewnić prawdziwy rollercoaster doznań, od wzruszeń po ciche krwawienie w kącie. Za wydanie odpowiada Dunkelheit Produktionen.

Rzekliśmy już, że Blood Oath jest zacne, wypada powiedzieć jeszcze, dlaczego. Pewnym wyznacznikiem może być to, że zwykle rzeczy dość wolne i melodyczne raczej średnio mi leżą, a taki właśnie Rituals of the Dead Hand jest. A leży mi jak diabli. Stylistycznie najczęściej dominuje w nim doomowaty black, choć pojawia się sporo naleciałości z innych rejonów. Z pewnym (pozytywnym, żeby nie było) zaskoczeniem przyjąłem na przykład stąpający walec kojarzący się trochę z sludge’owatą śmiercią na Sworn, idealny do machania głową. Rozwija się on w świetne wokale i nabiera później nieco postnego posmaczku, co ukuwa z nieco wcale porządny trans. Przez dłuższy czas będzie mi po głowie hulał także główny riff z They Rode By Night, bardzo upiorny i świetnie wykorzystujący zabawę natężeniem. Dodajmy do tego dużo wątków deathowych, kozacką solówki, wiadro jadu, oraz mocarne rozwinięcie, i mam już swojego faworyta.

To nie koniec atrakcji. Blood Oath jest płytą zróżnicowaną, i to w najlepszy, bo sensowny, sposób. Tak więc Bonderkuil po nastrojowym początku przyniesie nieśpieszny i lodowaty motyw-moloch, z którego chłód i przestrzenność wprost biją. Co ważne, jego melodyjność nie jest przesadzona i cukierkowa, a dyskretne efekty (jak na przykład delikatne skrzypce) dodają mu tylko smaku. No i jest kończący The Scourge z Burzumowymi klawiszami i majestatyczną agonią w zakończeniu. Czujecie się przekonani?

Jeśli jeszcze się wahacie przed odsłuchem, warto będzie nadmienić o fenomenalnym brzmieniu albumu. Dostojne, brzmienie zaskakuje jednocześnie zimnem, pięknem, czystością dźwięku i słyszalnością basu. Do tego w paru momentach panowie pobawili się samplowaniem oraz efektami w masteringu, także dającymi świetne efekty.

Co tu dużo mówić, bierzcie i słuchajcie tego wszyscy, albowiem Rituals of the Dead Hand wyskoczyło z fantastycznym debiutem. Kategorycznie warto będzie dodać tę nazwę do listy obserwowanych.

Rituals of the Dead Hand na Facebooku

Ocena: 9/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .