Riverside – “Eye of the Soundscape” (2016)

Na początek, żeby nie było niejasności, ustalmy dwie rzeczy. Po pierwsze, bardzo lubię Lunatic Soul, solowy projekt Mariusza Dudy, do którego temu albumowi stylistycznie najbliżej. Po drugie, zdaję sobie sprawę z tego, że Eye of the Soundscape jest kompilacją i czymś w rodzaju muzycznej ciekawostki, w szczególności przeznaczonej dla fanów. I w tym właśnie tkwi pewien problem.

Nie chodzi mi wcale o to, że fan Riverside nie musi przepadać za ambientowo-elektronicznymi upodobaniami Dudy. Problem leży raczej w tym, że każdy taki fanatyk dużą część Eye of the Soundscape pewnie zna. Wydawnictwo jest co prawda dwupłytowe, ale premierowe kawałki mamy tutaj cztery (plus dwa remixy, które bardzo mocno różnią się od pierwowzorów i pojawiły się na singlach). Resztę materiału możemy znaleźć na rozszerzonych wydaniach Shrine of New Generation Slaves i Love, Fear nad Time Machine. A że te cenowo niewiele odbiegają od podstawowych wersji, to zapewne wielu je posiada. Skoncentrujmy się jednak na nowościach, żeby ocenić, czy Eye of the Soundscape warte jest zachodu.

Tutaj jest jak dla mnie pół na pół. Ponury i niepokojący Where the River Flows, dynamicznie przyspieszający i z delikatnym zakończeniem spokojnie powinien przypaść do gustu każdemu, kto lubi Lunatic Soul. Jest tu to samo wyważenie pomiędzy elektroniką i żywymi instrumentami, oraz ta sama nutka smutku i melancholii. Broni się również najkrótszy Shine, który właściwie spokojnie mógłby znaleźć się na którymś z ostatnich albumów formacji, bo to najbardziej „riverside’owy” kawałek na płycie. Piękna, jak zawsze poruszającą gitara prowadząca Grudnia, żywa perkusja zamiast loopów i cold wave’owy chłód basu i syntezatorów. Wszystko to znamy i lubimy, a na Shine przedstawione jest w wyjątkowo ujmującej formie.

Niestety dwie pozostałe kompozycje nie powodują u mnie żadnych szczególnych emocji… nieszczególnych zresztą również nie. Nie przekonują mnie ambientowe próby, które Duda prezentował w bonusowych utworach na Love, Fear and Time Machine, a tak dokładnie brzmi kompozycja tytułowa – tyle, że jest sporo dłuższa. Brakuje mi tu klimatu, brakuje uczucia. Hipnotyczny w założeniu, czysto elektroniczny Sleepwalker również bardziej nuży, niż oczarowuje. Sprawia to trochę wrażenie, jakbym słuchał utworów, które nie dostały się na żaden album Lunatic Soul.

Co do remixów: Rainbow Trip wypada równie przeciętnie co wspomniany Sleepwalker, natomiast Rapid Eye Movement to jeden z najlepszych momentów płyty. Schizofrenicznie mroczny, dopracowany w detalach, z jednej strony wyciszony względem oryginału, a zarazem o równie mocnej sile rażenia. Pyszności. Jeśli chodzi o utwory bonusowe: do tych z Love, Fear… już się ustosunkowałem, bardziej podchodzą mi natomiast obie części Night Session, wyjęte z rozszerzonego wydania SONGS. Szczególnie eklektyczna i odprężająca „dwójka”, z przyjemnym saksofonem wprost ocieka klimatem.

Eye of the Soundscape zostawia mnie z mieszanymi uczuciami. Fani mogą uznać, że jest tu jednak trochę za mało nowej zawartości, szczególnie na takim poziomie, do jakiego zespół nas już przyzwyczaił. Paradoksalnie, ten album może się okazać największą gratką dla tych, którym z Riverside do tej pory wcale nie było po drodze, bo wolą klimaty chłodnej elektroniki i ambientu. Jednak dalej uważam, że spokojnie można było poprzestać na jednej płycie.

Ocena: 7/10

 

Tagi: , , , , , , , , , .