Road Warrior – “Power” (2018)

Jeśli cenicie klasyczny heavy metal z całym dobrodziejstwem inwentarza, jeśli kochacie filmowego Mad Maxa, a panem chaosu, któremu składacie pokłony, jest diabeł… tasmański, to koniecznie sprawdzajcie kapelę Road Warrior! Łoją aż miło w duchu lat 80., czasem nawet z ukłonami w kierunku dekady wcześniejszej – jest coś z klimatu pierwszych płyt Judas Priest w Sweating Out the Poison – innym razem delikatnie nawiązując do ery rodzącego się dopiero thrashu, jak w Tease n’ Torture choćby. Nazwa zespołu – a okładka stylistycznie również – nawiązuje z kolei do jednej z najsłynniejszych post apokaliptycznych serii (w pierwotnych zamierzeniach australijski Mad Max 2 miał nosić tytuł The Road Warrior właśnie). No i na koniec muszę dodać, że muzycy wywodzą się z dalekiej Tasmanii.

Road Warrior na płycie Power brzmi tak, że śmiało można by wytłoczyć parę tysięcy winyli, przenieść w czasie gdzieś w okolicę roku 1981 i umieścić w brytyjskich sklepach płytowych. Zespół z pewnością zyskałby wtedy licznych odbiorców i śmiało mógłby wybrać się w trasę jako support choćby dla Iron Maiden z czasów płyt z Paulem Di’Anno albo Saxon z okresu Denim and Leather. Witchfinder General i Angel Witch też znaleźliby w nich doskonałych partnerów, by wymienić nazwy zacne, choć nie z pierwszych stron metalowych gazet. Nie chcę jednak porównywać Road Warrior do wielkich klasyków, bo z całym bagażem staroszkolnych nawiązań, które muzyka zespołu ze sobą niesie, Australijczycy nie brzmią jednocześnie jak kopia kogokolwiek.

Zgrzebna produkcja, pozbawiona nowoczesnych rozwiązań, i spójna aranżacyjna wizja tworzą całość, którą łyka się “na raz”, oczywiście pod warunkiem, że lubimy klasyczny metal. Aż trudno uwierzyć, że album Power trwa tylko trzydzieści parę minut, bo wbrew pozorom i wierności sprawdzonym przed dekadami rozwiązaniom – dzieje się tu sporo. Miło galopują na płycie riffy i fajnie zespół bawi się rytmiką – czasem dość niespodziewanie kompozycja przyspiesza lub zwalnia (Don’t Fight Fate), zaskakując nieco słuchacza. Muzycy potrafią przykuć też uwagę spokojniejszym motywem, by potem zaserwować solidną dawkę różnorodnych i nośnych motywów, jak w Devils in Waiting. Zespół ma też dar do wymyślania prostych, ale przykuwających uwagę tematów (początek I Am the Hunger). Czasem słychać tu też złowieszczość wczesnych płyt Black Sabbath (Back Alley Tokyo Woman), ale jednocześnie nic nie jest tu wymuszone, a słuchacz – przynajmniej ja – nie ma wrażenia, że młoda kapela usilnie kogoś parafrazuje, strosząc nie swoje piórka. Przede wszystkim czuć w tym materiale sporą naturalność, jakby wszystko powstawało spontanicznie. Różnorodne fragmenty naturalnie się ze sobą “przegryzają”, tworząc bardzo zgrabne, czasem kilkuwątkowe kompozycje, którym nie brak jednak szlachetnej, nośnej prostoty.

Fani heavy metalowego oldschoolu – nie możecie przejść obok tej płyty obojętnie! Road Warrior to jedynie trójka ludzi, ale zabrzmieli na Power jak prawdziwa heavy metalowa orkiestra. Nie gwarantuję, że Wam się spodoba, wszak są różne gusta, ale przejść obojętnie obok tej płyty byłoby nietaktem. Wypada wyrobić sobie własne zdanie. To dopiero ich debiut – strach pomyśleć, co się stanie, gdy rozwiną skrzydła.

Oczywiście nie polecam tego albumu tym, którzy szukają nowości i nie trawią kapel nawiązujących swą twórczością do czasów świetności heavy metalu. Jasne, muzyczne rozwiązania na albumie są w większości wtórne, ale przynajmniej wykorzystane z głową i sercem. Prawdziwi metalheads powinni być zadowoleni.

ocena: 8,5/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Gates Of Hell Records na Facebooku

Paweł Lach

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , .