ROSK – remnants (2019)

Jedną z bardziej zaskakujących pozycji roku 2019 okazała się druga płyta warszawskiego, młodziutkiego projektu ROSK. Panowie po raz pierwszy zaprezentowali materiał supportując blindead i ich Niewiosnę, i już wtedy oczy co niektórym przybrały rozmiar pięciozłotówek. Na debiucie wrzeszczeli i brodzili w szlamie, a tym razem zwolnili i przyciszyli ekspresję nieco innymi środkami. ROSK to bardzo ciekawa kombinacja osobowości, muzycznych wrażliwości i konsekwencji w konceptualnym przygotowaniu kolejnej opowieści. Panowie zaciekawili debiutem Miasma w czarno-białych barwach post blacku, z którym zjeździli większość muzycznych festiwali w Polsce i poza granicami naszego pięknego kraju, a wracają w totalnie innym przetasowaniu gatunkowym, ale z tym samym trzonem opartym na niezwykłym mariażu emocji, którymi nie balansują – remnants to smutek w czystej, pięknej postaci.

Konsekwencja to w przypadku tego zespołu słowo-klucz. Każdy detal, każdy aspekt wydawnictwa został odpowiednio podkreślony. Uwagę zwraca całe opracowanie wydawnictwa – od muzycznego pomysłu na całość, po okładkę, a nawet sesję zdjęciową (autorstwa Aleksandry Kruczej Burskiej) do promocji materiału. remnants w pierwszych wrażeniach zwraca uwagę przede wszystkim atmosferą, tym, co pod spodem, a więc melancholią, jakąś intymnością, momentalnie interesuje treścią samą w sobie. Gdzieś samoistnie pojawiają się skojarzenia z samotnością, stratą, wspomnieniem, rozpamiętywaniem. Niewątpliwym atutem i głównym punktem wyjścia na tej płycie są narratorzy tej opowieści – wokaliści Krzysztof Traczyk i Grzegorz Niedziela. Panowie dysponują wokalami bardzo różnymi, może nie skrajnie, jednak inaczej stopniowanymi i akcentowanymi z różnym natężeniem. Trudno nie zatrzymać się (i zakochać!) w interpretacjach Rosary i The long solitude, w których ta wymierność wokalna najdosadniej uwypukla uzupełnianie się wszystkich elementów utworów na czele z chwytliwymi motywami przewodnimi. Moim faworytem okazała się kompozycja Ceased in me, w której dzieje się pozornie najmniej, tj. melodia jest dosyć prosta, nie ma żadnych przystanków ani zwrotów akcji, przytrzymuje natomiast do ostatniej nuty i mocno trzyma za gardło. Takich momentów jest zresztą na remnants sporo, co nie znaczy, że wszystko absolutnie jest idealne. Nie jest, ale to też atut. Album mimo folkowej otoczki, wzbogacenia aranżów kilkoma zabiegami stylistycznymi (jak na przykład skrzypce), nadal pozostaje w swojej estetyce w jakiś sposób surowy. Czy dlatego emocjonalnie wydaje mi się bardziej autentyczny? Trudno powiedzieć. Wyobrażam sobie, że gdyby wpuścić materiał na przykład do wytwórni Kscope, skąd wychodzą genialne produkcje Lunatic Soul albo White Moth Black Butterfly, może remnatns nie emanowałby aż takim niemal “namacalnym” ładunkiem emocjonalnym.

Bardzo się cieszę, że tak młode projekty nie trzymają się raz przyodzianej ramy gatunkowej i puszczają wodze fantazji w umiejętny sposób. A w tym przypadku nie brak Panom ani talentu do opowiadania historii, ani wrażliwości do jej ekspresji. Jak mawiała Marylin Monroe, problem nadwrażliwców polega na tym, że mogliby istnieć w różnych wersjach – i tak postrzegam dziś ROSK. Zastanawiam się, czym Panowie przykręcą śrubę następnym razem. Niemożliwe, żeby zakotwiczyli się w jednym klimacie. Nie muszą, właśnie to udowodnili.

Ocena: 9/10

Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , .