Sathanas – “Necrohymns” (2018)

„We Are the Legions of the Darkness!”– to pierwsze słowa wykrzyczane na nowej płycie podziemnych wyjadaczy z Sathanas. Necrohymns to już dziesiąty, pełny materiał w ich dorobku, zawierający w sobie osiem satanicznych hymnów, ledwo przekraczających trzydzieści minut trwania. Odpowiedzialność za rozpowszechnianie tego albumu niesie na barkach niezmordowana wytwórnia Transcending Obscurity, która w ostatnim czasie bombarduje metalowy rynek samymi dobrymi pozycjami.

Historia Sathanas sięga 1988 roku, kiedy to wydali pierwsze, kultowe demo Ripping Evil. Od tego czasu kroczą swą ścieżką old schoolowego metalu, nie bacząc na trendy i mody. W Polsce nazwa Sathanas jest dosyć rozpoznawalna. Przyczynił się też ku temu deal z Pagan Records, która wydała w 2007 mini album Flesh for the Devil.

Pierwsze, co przykuwa uwagę w Necrohymns to brzmienie. Rzadko się zdarza, by zespoły uprawiające taki rodzaj metalu zwracały uwagę na jakość. To znaczy zwracają, ale z reguły przyjmują założenie „im gorzej, tym lepiej”. Sathanas, ku mojej radości, postawili na bardzo mocny sound – naturalny, żywy, głęboki, przestrzenny, w pełni ukazujący zalety utworów, których jest sporo.

Black/thrash uprawiany przez weteranów ze Stanów Zjednoczonych ma w sobie sporo z początków lat 80. Posiada w sobie feeling pierwszych nagrań Bathory i Sodom, a jednocześnie przemyca coś z nowocześniejszych załóg. Na moje ucho w niektórych riffach i charczącym wokalu słychać małe wpływy Immortal (na przykład początek At the Left hand of Satan). Kawałki utrzymane są w średnich tempach, nie uświadczymy tu blastów czy ultra-szybkiego bicia na stopach. Muzyka ma w sobie coś staromodnego, gdy perkusiści nie byli jeszcze niemęczącymi się robotami, zaprogramowanymi do zabijania. Ma to w sobie sporo uroku.

Muszę też przyznać, że poziom utworów, składających się na nową propozycję Sathanas, jest bardzo wyrównany. By wybrać singiel, zespół chyba musiał przyjąć zasadę „ten się dobrze gra na żywo”, bo muzycznie ciężko postawić na jeden konkretny song. Każdy ma w sobie coś, co przy pierwszym słuchaniu już przykuwa uwagę – czy to refren, czy też dobry riff. To jest też kolejny punkt wspólny z debiutem Bathory – tam też każdy kawałek był hitem.

Na Necrohymns dominują uczucia, a nie matematyka. To jest jej główny atrybut. Uczucia, autentyzm i najnormalniej dobre „piosenki”. Moim zdaniem to nie lada wyczyn, by po latach w undergroundzie stworzyć tak dobrą pozycję. W hermetycznych ścianach gatunku, który wybrał Sathanas łatwo o stagnację i powtarzalność. Jak udowadnia Necrohymns, zespół ma w sobie więcej witalności i pomysłów niż niejedni debiutanci.

9/10

Tagi: , , , , , , .