Scuorn – „Parthenope” (2017)

Do tej recenzji zabierałem się chyba miesiąc. Nie dlatego, żebym nie wiedział z góry, co o tej płycie napiszę. Nie wiedziałem po prostu, które słowa wybrać, by najbardziej odpowiednio opisać to, co usłyszałem na debiutanckim krążku włoskiego projektu solowego o dźwięcznej nazwie Scuorn. Zbyt dużo tych słów cisnęło mi się na usta… Opowiem więc może w punktach.

Po pierwsze, to debiut. Projekt istnieje co prawda od roku 2008 (z przerwami), ale dopiero teraz, dzięki włoskiej wytwórni Dusktone udało się wypuścić pierwszy pełnowymiarowy (a nawet dwupłytowy) album Pana Giuliano.

Ale za to w jaki sposób wypuścić…

Po drugie, wydanie. Wydawać by się mogło, że debiut mało znanego solisty zostanie wytłoczony, włożony do standardowego pudełka lub ewentualnie digipacka i bez większego szumu wypuszczony na rynek. Nic bardziej mylnego. Ja na ten przykład dostałem solidne kartonowe pudełko, w którym znalazłem między innymi grubaśnego digibooka, sygnowane kostki gitarowe i woreczek z lawą z Wezuwiusza. Takiego wydania nie powstydziłby się Dimmu Borgir czy Emperor. Pozycja wydana jest tak pięknie, że można by mieć ją na półce dla samego tylko wyglądu.

Tyle, że tak nie jest…

Po trzecie, płyty. Standardowe wydanie zawiera jedną, zasadniczą. Wydania nieco bardziej rozbudowane zawierają krążki dwa, w tym dodatkowy z muzyką bez wokali, nagraną w nieco bardziej symfonicznej wersji. Powiecie, że nuda jak u Nightwish? Nieprawda. Finowie, wydając albumy dwupłytowe, drugą płytę dodają wyłącznie pozbawioną wokali. Tu inna jest nieco warstwa muzyczna.

A to zmienia postać rzeczy…

Po czwarte, muzyka. Apogeum wszystkiego, nie tylko tego wydawnictwa. Muzyka tak spójna, gęsta, mocna, gładka i aksamitna, że niemożliwe jest przyczepienie się do czegokolwiek. Album otwiera krótkie instrumentalne intro. A potem się zaczyna. Kakofonia polifonicznych dźwięków, perkusja jak armagedon, potężny, wręcz wylewający się z głośników growl i piękne partie gitarowo symfoniczne. A wszystko to przerywane dającymi oddech antraktami. Co najważniejsze, symfoniczne partie pięknie uzupełniają blackowy szkielet utworu. Nic tu nie jest na siłę, symbioza klasyki i nowoczesności wydaje się nierozerwalna. Utwór numer trzy przedłuża ekstazę zmysłu słuchu, utrzymując pułap płyty infinitezymalnie poniżej asymptoty geniuszu i absolutu. Tarantella nera to znów miks szybkości, ciężkości i delikatności w jednym. A Giuliano łączy wodę z ogniem z taką łatwością, jakby było to połączenie pasku i maku. Sanghe Amaro znów rozpoczyna się piękną, a jednocześnie aksamitną galopadą, po której następuje dwuminutowy liryczny przerywnik instrumentalny. Nie muszę chyba dodawać, że utwór ten podtrzymuje tylko genialny klimat na płycie i nie nudzi nawet w nanosekundzie. Sibilla cumana jest tak jakby naturalną kontynuacją instrumentalnego poprzednika. Sepeithos to chyba najsłabszy punkt na płycie, ale co najwyżej w takim kontekście, że jedna gwiazda jest mniej jasna od drugiej. Na szczęście następujący po nim utwór tytułowy jest absolutnie absolutnym i nie ma k… siły, żeby nie jęknąć z zachwytu i przerażenia jednocześnie, słuchając Parthenope. Tempa i klimaty mieszają się płynnie, przejścia są niezauważalne. Klimat, choć spójny, składa się z tysiąca małych klimacików, tak jak całościowy efekt erupcji wulkanu składa się z wielu płonących kawałków magmy. A druga połowa utworu (następująca po fragmencie deklamowanym) to już eksplozja uczuć na miarę Little Boya. Ech… Album po niespełna pięćdziesięciu minutach zamyka instrumentalny Megaride. Dodam tylko, że krążek kończy się zanim człowiek zdąży wydusić z siebie jedno suche „ja pierdolę”…

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zetknąłem się z tak absolutnie idealnym albumem. A jeśli pod uwagę weźmie się dodatkowo fakt, że jest to debiut jednego tylko człowieka, to kark ugina się sam pod potęgą tego młodego Włocha. A może to dzięki temu, że jego osobistą muzą i życiową partnerką jest Polka?

Ocena 10,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , , .