Shrike – “Zeitgeist Geistzeit” (2018)

Języka niemieckiego nie cierpię, chociaż uczyłem się go kilka lat. O ile jeszcze w mowie jest do zniesienia, o tyle w muzyce to jest po prostu makabra. Od tej zasadny znam jedynie dwa wyjątki. Pierwszy z nich to oczywiście Rammstein, gdyż w ich muzyce język rodzimy wydaje się tak naturalny jak piwo w piątkowy wieczór albo kawa w poniedziałkowy poranek. Drugi wyjątek to Der Weg Einer Freiheit, gdyż ich muzyka jest tak absolutnie genialna, że nawet język węgierski by im nie przeszkodził. W przypadku Shrike takiego wyjątku nie ma, a na domiar złego growl Uwe jest bardzo wyraźny. No nic, jakoś damy radę.

Płytę tę wydano pod szyldem Zeitgraber Records, stworzonego być może na potrzeby wypuszczenia na rynek wyłącznie tego krążka. Na album (czwarty w karierze Niemców) składa się czterdzieści (z okładem) minut muzyki podzielonej na osiem kawałków. Tyle w temacie wstępu.

A jak jest? Mówiąc w telegraficznym skrócie, to jest mniej więcej tak: szorstko, brutalnie, szybko (z wyjątkami Im Schatten des Seins czy Die Zet Schafft Neue Wunden), bez melodii, chaotycznie i ogólnie niezbyt przyjemnie. Niestety na to ogólne odczucie składa się wiele czynników. Pierwszy to oczywiście wokal. Poza trudną dla mnie do przejścia barierą lingwistyczną, samo jego brzmienie jest surowe, szorstkie i mało przystępne. Do tego linie melodyczne, które zmieniają się bez ładu i składu, a ich szybkie odsłony (Zerrisen im Wahnsinn, Im Schatten des Seins) są jedną wielką napierdalanką, z tym że zdaje się obowiązuje jedna zasada: każdy działa na własną rękę. W momentach wolnych (Kontrolle den Gendanken) dobija zaś znów ten wokal. Cokolwiek dałoby się wyciągnąć z partii gitar, szkoda tylko, że są tak schowane za wokalem i sekcją rytmiczną aż ciężko się ich doszukać. Perkusja za to jest czytelna i klarowna, i to zarówno w partiach wolnych (co oczywiste), jak i w tych blastujących. Niestety o czymś takim jak powtarzalne rytmy, stworzenie ramy do kawałka możemy zapomnieć. Każdy z numerów to zlepek jakby przypadkowo poukładanych krótkich fragmentów, które pasują do siebie nijak. Słuchalny jest w zasadzie jedynie numer Versunken oraz następujący po nim Pendel. Leżą one gdzieś po środku, pomiędzy trudnymi do zniesienia momentami melancholii i jeszcze trudniejszymi do przetrwania chwilami furii i wściekłości.

Shrike to nie jest moja bajka. Podejrzewam niestety, że to nie jest także bajka dla większości z Was. Może jakiś deathowy purysta znalazłby tam dla siebie kilka smaczków, ale mnie ta płyta zmęczyła w takim stopniu, że po trzykrotnym jej przesłuchaniu odłożyłem ją na półkę, na którą nigdy już nie zajrzę. Gwarantuję.

 

Shrike na Fecebooku

Shrike w Encyklopedii Metalu

Ocena: 3,0/10,0

Tagi: , , , , , , , , , , .