Sinmara – “Hvísl Stjarnanna” (2019)

Po pięciu latach w końcu doczekaliśmy się nowego krążka Sinmary. Co prawda w międzyczasie islandzka horda wydała EP-kę Within the Waves of Infinity, która jednak nie zaspokoiła głodu fanów – wszak znajdują się na niej zaledwie trzy utwory. Nowy album jest jakby przedłużeniem tego, co usłyszeliśmy na tamtym mini-albumie i niestety można odnieść nieco wrażenie, że Sinmara po prostu powiela to, co już zdołali wypracować.

Przede wszystkim w porównaniu do pierwszego placka Islandczyków Hvísl Stjarnanna (isl. Szept gwiazd) jest po prostu… krótki. Po zaledwie czterdziestu minutach przyjemnej młócki następuje nagły koniec, podczas gdy Aphotic Womb z 2014 roku trwa o prawie dwadzieścia minut dłużej. Niektórym przypadnie do gustu taka długość, aczkolwiek należy się nastawić na długie, typowo atmosferyczne i ponad sześciominutowe utwory.

Utwór otwierający, Apparitions, rozpoczyna się… chórem. Nieco dziwne, lecz nie powiedziałabym, że negatywne zaskoczenie. Po ciągnącym się jak makaron wstępie jest jednak nieco lepiej, słuchacz otrzymuje porcję przyjemnego atmosferycznego blacku, na szczęście ze zmiennym tempem, które nie wynudza do końca i daje jakiś element urozmaicenia.

Drugi utwór, Mephitic Haze to przyjemne, ostro rozpoczynające się granie, tylko gdzieś tutaj giną gitary. Mamy typowo blackowe naparzanie, blasty perkusyjne, jednak na pierwszy ogień wybija się wokal Ólafura Guðjónssona, choć też jakiś przesterowany. Zapewne takie miało być zamierzenie, choć dla mnie za dużo pogłosu. Plus jednak za gitarowe solo (w końcu!) pod koniec utworu, które daje słuchaczowi chwilę wytchnienia.

Poza czterema utworami po angielsku, pod koniec mamy także dwa po islandzku, które dla mnie są najmocniejszą stroną tego albumu. W Úr Kaleik Martraða (isl. Z kielicha koszmaru) wreszcie prym wiedzie gitara, a Guðjónsson growluje i zawodzi w dużo lepszy sposób. Utwór tytułowy wieńczy płytę, i tak też brzmi – jak gdyby nadchodził kres. Po ścianie dźwięku rytm zmienia się na wolniejszy, a wokal Guðjónssona powoli zamiera. Końcówka krążka nieco nadrabia nudnawy początek.

Hvísl Stjarnanna słucha się na jednym wdechu, album przemyka tak szybko jak pstryknięcie palcami, jest przyjemny, ale niestety nie zapada na długo w pamięć. Brak tu wyraźnych wokali i tych atmosferycznych melodii, które potrafią dużo lepiej oddać Panowie z Almyrkvi – notabene na co dzień członkowie Sinmary (sic!). Nawet po wielu odsłuchaniach ciężko było mi przypomnieć sobie brzmienie poszczególnych utworów, ale nie jest to zły krążek – choć myślę, że po niezwykle udanym debiucie, Panów z Sinmary byłoby stać na nieco więcej.

Ocena: 6,5/10

Tagi: , , , , , , , , , .