Sjukdom – “Stridshymner og dødssalmer” (2018)

Chyba nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że Norwegia nie dzierży dziś największego black metalowego sztandaru chwały. Zmieniają się czasy, zmieniają się mody i trendy w muzyce, ale pewne rzeczy zawsze będą w cenie. Klasyczny, zakorzeniony w drugiej fali pomiot diabła objawił się właśnie pod postacią drugiego, pełnego albumu Sjukdom za sprawą Osmose Productions.

Zespół jeszcze nie zdążył narobić zamieszania, ale jeśli huragan pod nazwą „Stridshymner og dodssalmer” zawieje gdzie trzeba, to wkrótce może się to zmienić. Album ma całkiem spore szanse trafić w gusta tych, którzy ciągle dostają palpitacji przy 1349, środkowym Immortal czy wczesnym Satyricon, ale powinien też zadowolić wszystkich, którzy uwielbiają słowo „transcendencja”.  

Jakiejś wielkiej niespodzianki nie ma – pierwsze dźwięki i wiemy, że mamy do czynienia z tymi, co to w górach i lasach kłaniają się rogatemu. Nawiedzone riffy, opętane blasty i istny rzeźnik przed mikrofonem tworzą masywną ścianę dźwięku. Klasyczną, znaną, niepozbawioną całkiem melodii, ale przy tym bezpiecznie zachowawczą. Z jednej strony nie ma nic, czego byśmy już nie słyszeli, z drugiej – to po prostu nie może się nie spodobać fanom blacku wszelkiej maści.  Jednak im głębiej w ten las, tym więcej magii. Przeważa pierwotna, naturalna, wywołująca ciary na grzbiecie, fascynacja złem w czystej postaci, ale uważny słuchacz z pewnością wychwyci pierwiastki kosmiczne. Pędzi to wszystko bardzo mocno do przodu, czasami perkusja wręcz hamuje rozszalałe gitary (Dodssalmer), ale może to tylko efekt czysto brzmieniowy. Tu i ówdzie pojawiają się bardziej  motoryczne fragmenty (np. otwarcie Lykantropi ), na tle których zespół zbliża się do rodaków z Kaevum. Echa kolegów z Satyricon wybrzmiewają w bujającym Terra Nihil, w wolniejszych fragmentach sporo Immortal. To niby oczywiste, chociaż chlubne odwołania, ale im bardziej zespół zaczyna kombinować z tempem czy strukturami numerów, tym mocniej czuć nad całością ducha pierwszej, genialnej płyty nieco zapomnianego Mysticum. Jest moc, punkowa energia, kosmos, zima i diabeł.

A co z tą transcendencją? Niby niewiele, bo nie znajdziecie tu nic co można by określić przedrostkiem post. Religijnych odniesień również nie stwierdzono, rozbudowanego, zahaczającego o progresję kombinowania również brak. A jednak album całościowo wprowadza w lekką hipnozę. Jest w tym wszystkim jakaś niedookreślona egzotyka, która nie pozwala zaszufladkować Sjukdom wyłącznie jako klasycznej norweskiej hordy próbującej na siłę tęsknić za przeszłością. To wciąż piękny hołd dla lat 90., ale oddany z perspektywy tu i teraz, bo płyta atakuje niczym czołg napędzany ortodoksją wywodzącą się w linii prostej z drugiej fali blacku, ale uzbrojony w nowoczesne pociski, które bezbłędnie trafiają w cel.

 Żeby tak grać, trzeba naprawdę dobrze czuć tę muzę. A Sjukdom czuje i z pełnym przekonaniem idzie po swoje. Świetny album.

 

Ocena: 8/10

Rafał Chmura

Rafał Chmura

Im dłuższa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , .