Slaid – „Le Rêve” (2019)

Często zazdroszczę ludziom, którzy są w stanie zamknąć się na jeden gatunek muzyczny. Odnaleźć się w jednej szufladce i trzymać się jej równie kurczowo, jak i bez wysiłku, mając w poważaniu rzeczy spoza tego świata. Mi taka droga nie była dana i nie dość, że odczuwam wieczny, niemożliwy do zaspokojenia głód poznawania nowych płyt, to na dodatek nie jestem w stanie skupić się tylko na scenie metalowej. Niby w tym nie ma nic złego, ale proszę sobie wyobrazić, ile różnorakiej muzyki przez taką rozbieżność pragnę mieć na swojej półce z CD. Jest to moje małe, utopijne piekło, na które „skazuję się” jednak z uśmiechem. Podczas poszukiwań dobrej sztuki jakiś czas temu natrafiłem na polski, bardzo ambitny projekt Slaid i ich płytę Le Rêve, która została wydana przez Ermland Productions (obecnie Moans Music). Kto miał do czynienia z tą wytwórnią, ten wie, że skupia się na muzyce ambitnej i często trudnej. Nie jest inaczej przy omawianym teraz albumie, za którego całokształt muzyczny i brzmieniowy odpowiedzialny jest Rafał Litwin. By uzupełnić swoją wizję, lider Slaid zaprosił gitarzystę Andrzeja Choromańskiego, wokalistów Ewelinę Lewandowską i Piotra Wasyluka. Z dwójką pierwszych niestety nie miałem wcześniej przyjemności (bądź nie wiem, że miałem), za to trzeci był już mi troszkę znany i doceniony za dokonania w zespole Samo (kto nie słyszał, a lubi na przykład Kobong i Nyia, to polecam) i projekcie [4672]. Większej reklamy nie potrzebowałem, by sprawdzić La Rêve, ale próżno by tu szukać ambitnego – ale jednak – metalu.

Slaid proponuje muzykę z pogranicza trip hopu i electro popu. Utwory zawarte na płycie sączą się powoli z głośników, utrzymując tak zwane downtempo, niszcząc umysł nie kanonadą skomasowanych dźwięków – lecz chorymi rytmami i dziwacznymi brzmieniami syntezatorów. Od czasu do czasu pojawiająca się gitara zamiast być łącznikiem z normalnością, uwydatnia jeszcze bardziej zimną nietuzinkowość materiału, troszeczkę jednocześnie przypominając mistrzów finezyjnych odlotów – Ulver. Idąc dalej tropem metalowca poszukującego innych brzmień, można także wysnuć skojarzenia z końcówką działalności zespołu Lux Occulta, który na Mother and the Enemy silnie zainspirowany był sceną trip hop. Poza tymi „metalowymi” wpływami należy oczywiście przywołać klasyków gatunku z Massive Attack i ich świetny album Protection, gdzie styl zespołu nie był jeszcze aż tak rozbudowany i silnie skupiony na rytmie.

Generalnie bardzo niemiło z mojej strony, że zespół tak porównuję, ponieważ jest to zwierz wielce oryginalny i wyjątkowy. Od pierwszych dźwięków otwierającego album Sadysty można wywnioskować, iż muzycy posiadają własną tożsamość i silnie wytyczone drogi, po których chcą stąpać. W tej pewności jest siła i oryginalność, która mam nadzieję doprowadzi Slaid do wielkich dzieł muzycznych, a każdy kolejny album, choćby nie wiem jak dobry, będzie tylko motywacją, by stworzyć jeszcze lepszy. Każdy kto się nie boi trudnej i wymagającej nuty, dzięki La Rêve może mieć szansę poznania muzycznych obrazów i emocji, które nie za często występują w przyrodzie.

Ocena : 7.5/10

Slaid na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , , , .