So Slow – “W otwarte dłonie powietrze sypie gruz przedświtu” (2019)

Mam słabość do takich płyt. Bo niby nie tak wiele dostajemy, a jednak więcej, niż większość daje. Bo składniki może i znane, a w nieznane można wyruszyć. Bo z formy się ulewa, i to wcale nie dlatego, że kucharka nie wiedziała, jakich składników użyć do psychodelicznego placka. Ścieżka z kolei dobrze oznakowana, a zaprowadzić może w tajemne rewiry. Ot, całkiem przyjemne muzyczne czary-mary, w którym zamiast zaklęć z ksiąg zakazanych, ktoś użył elementów post rockowych, elektronicznych, ambientowych, noir-jazzowych, industrialnych, eksperymentalnych, ilustracyjnych w proporcjach oszczędnych, przemyślanych, dających efekt ponad spodziewany, wciągający i kuszący.

Jeśli ktoś woli So Slow w nieco mocniejszej odsłonie, w bardziej post-metalowej postaci, to znajdzie tu mniej podobnych rozwiązań. Nie powinien być to jednak powód do smutku, ponieważ emocji i nastrojów na W otwarte dłonie powietrze sypie gruz przedświtu. Co prawda we W nieśmiało jeszcze kapela zaprasza nas do Krainy Czarów, ale już kompozycja otwarte dłonie po ambientowym, mrocznym powitaniu wciąga od razu w transowy świat, napędzany jednostajnym rytmem, obudowanym przez nawiedzone odgłosy i serwującym odlot w chmury, kiedy gitara leniwie wypuszcza dźwięki, a elektronika otwiera przestrzeń – i tak na zmianę. Potem w powietrzu jest nieco zgrzytliwie, industrialnie, niepokojąco, ale przewodni, prosty, niemniej kuszący motyw, w tle którego rozbrzmiewa szept Michała Głowackiego, znowu przykuwa uwagę.

Niepokoi przestrzenią i znowu lekko złowieszczym motywem sypie, ubranym w szumy i odgłosy z innych światów, z którego wypływa bardziej zrytmizowana, halucynogenna część (z noir jazzowym solo na trąbce zagranym przez Wojciecha Jachnę). Nad wyraz “żwawo”, synkopująco zaczyna się gruz przedświtu, lekko jazzując, trochę “post-rockując”, przede wszystkim znowu prowadząc słuchacza po nieco nawiedzonym muzycznym świecie, gdzie bas pulsuje, gitara czaruje, perkusista dwoi się i troi, a odgłosy w drugim planie i elektronika dodaje psychodelicznego sznytu całości, podobnie jak głuchy, tantryczny wokal.

Najnowszy album So Slow to podróż – polecam słuchać wyłącznie jako całość, bo bez sensu czytać rozdziały magicznej księgi w oderwaniu od pozostałych. Jak już łykać niedozwolone środki – to hurtem. Oszczędne są tu teksty (choć zawarte w nich metafory starczą za tony makulatury: każde ziarno piasku, to góra, której się nie udało), ale taka jest ta płyta – nie zniewala nadmiarem, a słownym i muzycznym niedopowiedzeniem, detalem, drobnostką, dowodząc, że parę nut wystarczy czasem za cały muzyczny świat.

Michał Głowacki, Daniel Kryj, Adam Stępień i Arek Lerch wraz z zaproszonymi gośćmi (oprócz wymienionego wcześniej Jachny swoje trzy grosze dołożył tutaj na gitarze basowej Łukasz Lembas) stworzyli rzecz niezwykle udaną. Ale też to ten typ muzyki, który wymaga akceptacji pewnej mantrycznej formy, braku oczywistej przebojowości, czy jakichś bardzo mocnych akcentów. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że ktoś nie podda się tym emocjom, nie da się wciągnąć. A może i nawet się znudzi? Nikomu nie bronię. Ale doskonale, że powstają takie płyty jak W otwarte dłonie powietrze sypie gruz przedświtu – muzyki nie powinno nagrywać się dla wszystkich.

ocena: 8,5/10


Okiem red. Joanny

So Slow jest bliskie mojej duszy właściwie od początku ich działalności, bowiem poziom dziwności i zgrzytliwych, brudnych dźwięków wypełnianych tu i ówdzie różnego rodzaju dodatkami przekracza pojęcie klasycznego ujęcia muzyki w jakiekolwiek ramy, i jest to najlepsze, co temu zespołowi udaje się kolejny raz. Bez dwóch zdań. Sztukę warszawskiego kwartetu znów odbieram jako romans z różnymi rodzajami muzyki akurat pasującymi do ich psychodelicznych transowych fundamentów kompozycji. A to jazz, a to ambienty, a i space rock, czemu nie. I to wszystko zgrabnie kręci się od początku do końca albumu, przy okazji ani początku, ani końca nie obiecując.

Najnowsza propozycja zespołu pt. W otwarte dłonie powietrze sypie gruz przedświtu to w dalszym ciągu gitarowy i perkusyjny kręgosłup w różnym tempie, okraszony stonowaną tym razem elektroniką i wokalem, który ma z założenia nieść treść – i tu się zatrzymam. Liryki w kompozycjach i ich koncepty są dla mnie zwykle istotne i nierozerwalne z opracowaniem wydawnictwa, natomiast w przypadku najnowszej płyty So Slow tak zwany dodatek głosowy stanowi dla mnie element jako kolejny instrument doskonale skondensowany i dobrany do reszty. Melorecytacje, niewysokie zaśpiewy, oczywiście szepty, pogłos, jednak zero szarżowania, nic ponad, nic poniżej. Dopiero po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty dotarły do mnie słowa i ich wydźwięk, który dla każdego zdaje się będzie znaczył co innego. Mantry? Może, choć bez przesady. Zresztą każdy, kto zna choć ułamek dokonań So Slow powinien raczej wiedzieć, z jakim anturażem będzie miał do czynienia. Dużo tu niepokoju, zimna, przedziwnych melodii, raz przeplatających się przez całość jednostajnie (powietrze), innym razem rozwijających się powoli na szkielecie fantastycznej sekcji rytmicznej (gruz przedświtu). Nie ma ani chwytliwości, ani przebojowości, ale całość – bo tylko w całości należy słuchać albumu! – trzyma się konwencji psychodelicznych, zadymionych pejzaży. Niekoniecznie łatwo strawić tę płytę na raz. To jest paradoks – z jednej strony wszystko się ze sobą zgadza, transowość i niemal narkotyczny klimat działają, wcześniej blokowiska i ostatnie piętra, teraz piwnice i speluny. Z drugiej wyciszenia czy broń-boże odprężenia nie przewiduję i ciężko mi pogodzić się z tą propozycją ot tak, słuchając dla przyjemności. Utwory są rozciągnięte, gdzieś brakuje pewnej kropki nad “i”, wyjścia z tunelu, rozwiania tych duszności chociaż w puencie. Nie, tu nie ma puenty. Na pewno na płytę W otwarte dłonie… trzeba mieć czas i nastrój, mniej ją analizować, wejść i wyjść bez obaw o powrót, ale z ostrzeżeniem, że ten z każdym kolejnym razem będzie znów bez drogowskazu, bo dość trudno zapamiętać choć jeden motyw kompozycji. 

Na koniec gwoli podsumowania podkreślam, że So Slow pozostaje w świecie alternatywy i tam w kącie, gdzieś na ostrych krawędziach rozpościera tę swoją dziwaczną, ciemną przestrzeń, do której zaprasza nielicznych – tych ciekawych inności i szukających niekonwencjonalnych rozwiązań. Może poprzednie wydawnictwo, choć totalnie inaczej złożone i z innym zamysłem, trafiło do mnie z większą siłą, jednak konsekwencja So Slow w pozostaniu eksperymentalnym składem w eksperymentalnym założeniu wciąż intryguje, i cóż – pochłania.

 

 

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .