Solfernus – “Neoantichrist” (2017)

Czesi to jedna z nacji, która umie w black metal jak mało kto. Nie dalej jak w zeszłym roku, na Brutal Assault dwudziestopięciolecie kariery świętował sławetny Master’s Hammer i równie znany Root. Tym samym młode pokolenie nie może narzekać na jakość podwalin i wzorców dla tworzonej przez siebie muzyki.

Dlatego drugi pełnowymiarowy krążek czeskiego Solfernusa łyknąłem w redakcji jak przysłowiowy karp. I choć nieprędko zabrałem się do recenzowania tego czterdziestominutowego „dziesięciozgłoskowca”, to mój zapał był co najmniej ogromny.

Neoantichrist (swoją drogą już za tytuł tej płyty Czesi powinni dostać jakieś Grammy) przedstawia black metal w odsłonie ocierającej się delikatnie o heavy metal. Nie, nie oznacza to, że muzyka jest prosta i lekka. Klimat jest mroczny i ciężki, do tego partie wokalne sugerują wyraźnie przynależność do muzyki czarno metalowej. Co innego praca instrumentalistów. Zarówno niespieszna perkusja (przypominająca mi niejednokrotnie poczynania amerykańskiego Metal Church), jak i partie gitarowe bardziej pasują do thrashu czy heavy niż do black metalu. Trochę mocniej jest w drugiej części płyty, ale jeśli ktoś oczekuje wypływającego z głośników potoku blastów i ściany dźwięków gitar, to raczej się zawiedzie. Gitary wciąż są klarowne, riffy rozpoznawalne, a całość da się łatwo zanucić podczas pooranego prysznica. W kilku utworach dodatkowego klimatu dodają wtręty klawiszowe (That One Night) lub heavymetalowe początki, grane na gitarach klasycznych (My Aurore, Ignis – Dominion). Najszybszym kawałkiem jest zdecydowanie utwór numer dwa, ale patrząc na tytuł płyty (nadany pewnie w ślad za tytułowym utworem numer pięć), nie takimi treściami chcieli się pochwalić Czesi.

I wcale mnie to nie dziwi. Przecież ani wielki Master’s Hammer ani sławetny Big Boss nie pędzli na swoich płytach na złamanie karku, nie mieszali tempa i nie robili z kawałków niestrawnej sieczki. I najwyraźniej kwartet z Brna również poszedł tym sprawdzonym i utartym tropem, i nagrał płytę może niezbyt odkrywczą i z pewnością nie ociekającą krwią i bebechami, ale za to przyjemną w odsłuchu i łatwo wpadającą w ucho.

Aha, jakbyście chcieli mieć taką płytę w swojej kolekcji, to radzę zagęszczać ruchy – Satanath Records wypuścił ją jedynie w ilości 500 egzemplarzy!

Ocena 7,0/10,0.

 

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , , , .