Sons Of A Wanted Man – “Kenoma” (2020)

Jak wybrać utwór promujący nową płytę? Z reguły dzieje się tak, że bierze się niezbyt długi strzał, który jest w miarę reprezentatywny dla całości, umieszcza na singlu, ewentualnie kręci teledysk i puszcza go w świat. Młody belgijski zespół, który właśnie debiutuje pełnowymiarowym wydawnictwem postępuje dokładnie odwrotnie – wybiera do celów promocyjnych najdłuższy utwór na płycie (prawie jedenaście minut), umieszcza go na pierwszej pozycji tracklisty i ozdabia klipem. Nie wnikam, czy to przekora, czy starannie przemyślany zabieg, ale twierdzenie, że we wspomnianym numerze usłyszymy album w skondensowanej formie będzie sporym nadużyciem. Panowie za dużo mieszają i mają zbyt szerokie horyzonty, żeby wyrobić sobie jakąś opinię na podstawie jednego tylko kawałka.

Pierwsza myśl, jaka nasuwa się w zetknięciu z Kenoma, to wszelka gitarowa ekstrema z przedrostkiem „post”. To słowo zrobiło dużą karierę w muzycznej nomenklaturze i stało się redefinicją określonych form, ale też uzasadnieniem (często nadużywanym) dla obecności elementów sprzecznych z głównym torem muzyki. Jednak w przypadku Belgów trudno mówić o jakiejś zdefiniowanej ścieżce, gdyż Kenoma faktycznie jawi się, jako idealnie zbilansowana mieszanka różnych stylów. Black metal? Proszę bardzo. Hardcore? Jak najbardziej. Shoegaze? Nie ma problemu. A żeby taki miks był bardziej zachęcający, wystarczyło dodać przed wszelkimi określeniami słowo „post” i problem z głowy.

Na tym albumie ciężko określić nawet punkt wyjścia. Pierwsze dźwięki otwierającego płytę utworu tytułowego to wściekły, black metalowy atak, oparty na blastach, gitarowej ścianie dźwięku i zjadliwym wokalu, ale nim upłynie minuta, już mamy niespodzianki. Tempo raz zwalnia, raz przyśpiesza, a riffowanie wędruje w różne, dość odległe od black metalu rejony. Jest trochę mielenia na typową, hardcore’ową modłę, kilka melodyjnych fragmentów i sporo kombinowania w podstawowej strukturze. Tu i ówdzie pojawi się nieodległy od thrash metalu wtręt, czasami chłopaków poniesie amerykańska fantazja, by szybko ostudzić ją fragmentami kojarzącymi się z wczesnym Opeth. Im dalej, tym gęściej – zahaczymy o kosmos (Serpentine), spotkamy się z nowoczesnym prog rockiem z mocną, gitarową nadbudową i zwiewnymi, kobiecymi wokalizami (Canine Devotion), czy skandynawskim, blackowym atakiem, rozmiękczonym sporą dawką narkotyków (Absent).

Prawie pięćdziesiąt minut mija naprawdę szybko i mimo nawarstwienia, a nawet przeładowania albumu pomysłami, nie ma mowy o chwili znużenia. Pierwsze wrażenie przypominało skok na główkę do płytkiej wody, ale nieznany skoczek okazał się sprawnym i zręcznym pływakiem, który czuje się w ryzykownych akcjach wyjątkowo dobrze. Ten album nie jest wynikiem długich debat i nieprzespanych nocy. To raczej dźwiękowy zapis chwili, potrzeby wyrzucenia z siebie ogromu emocji i wyjątkowej chemii, jaka działa między tymi ludźmi. Co prawda specyficzna to chemia, a Panowie mają tendencję do lawirowania, zamiast krzyczeć prosto z mostu, ale to żadna wada, bo dali nam jeden z najciekawszych i najbardziej nieszablonowych albumów ostatnich miesięcy.

Ocena: 8/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , , .