Soulburn „Earthless Pagan Spirit” (2016)

Black metal zawsze dzieliłem na dwa odłamy – ten klimatyczny, który często poprzez rozbudowane aranżacje nie ogranicza środków wyrazu. Do tej grupy zaliczam wczesne albumy Dimmu Borgir, Cradle of Filth i Emperor, bo choć ich muzyka często wykraczała poza ramy gatunku to nadal w tych dźwiękach czuć zapach siarki. Jest też drugi rodzaj tego specyficznego gatunku. Ten klasyczny, bardziej „prawdziwy”, nie romansujący z cukierkowym brzmieniem, nie nadużywający dramatycznych zagrywek, sztuczek magicznych czy innych ulepszaczy. Jego brzmienie jest surowe, zimne i duszne.

Holenderski Soulburn zaliczam właśnie do tej drugiej grupy. Ich najnowszy, trzeci krążek lśni ponurymi barwami. Te dźwięki kojarzą się z Celtic Frost, Venom, Bathory i Dissection. Począwszy od silnych prób udowadniania agresji, zadziorności, a skończywszy na melodiach niosących ze sobą wiele ekscytacji – od wyrwania do tańca aż po dobrą, chcicę alkoholowego upojenia Twan van Geel i spółka udowadniają, że „Earthless Pagan Spirit” to album skrojony na miarę czystego black metalu. Potężne, dewastujące wszystko po drodze black/doom metalowe walce oraz ostre jak brzytwa riffy spodobają się fanom ekstremalnej jazdy początku lat 90–tych. Te oldchoolowe mielenie nie wpadnie w ucho byle komu. Muzyka broni się sama, więc tawiam dobrą flachę 0,7, że Soulburn nie goni za statuetkami. Jedno jest pewne – on nie musi. W „The Torche” bezkompromisowo puszczają oczko Darthrone. Ich kompozycja oparta jest na jednostajnym uderzeniu bębna, a mimo to robią niezła rozpierduchę. Całość podana w prostej postaci, bez zbędnego ściemniania. Jest tak jak być powinno – prosto. Podobnie jest w „Howling At The Heart Of Death”, choć tam instrumenty układają się w jeden zwarty organizm i razem kroczą ku ciężkości. I to właśnie zgranie jest najmocniejszym punktem tego albumu. Znów starym weteranom udało się nagrać dobry album.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , , .