Starblind – „Never Seen Again” (2017)

Starblind to jeden z bardzo licznych, młodych, szwedzkich zespołów, uprawiających klasyczny heavy metal. Never Seen Again to ich trzeci album, pierwszy nagrany z nowym wokalistą Marcusem S. Olkerudem, który na tym stanowisku zastąpił Mike’a Stark’a. Album ujrzał światło dzienne w zeszłym roku dzięki wytwórni Pure Steel Records, znanej z podtrzymywania przy życiu klasycznych formuł metalu.

Nazwa zespołu została zapożyczona z jednego z utworów grupy Iron Maiden. I nie ma w tym żadnego przypadku, gdyż Starblind we wszystkich aspektach stara się brzmieć jak ekipa Steve’a Harrisa. Szwedzi od Maidenów przejęli dosłownie wszystko. Od pracy perkusji (chociaż tutaj śmiem zaryzykować twierdzenie, że Zackarias Winker jest lepszym bębniarzem od Nicko McBraina), brzmienia basu, riffów gitar, solówki, charakterystycznych przejść, przez często nieoczekiwane zmiany tempa, wokal (łącznie z różnymi ozdobnikami wokalnymi), a kończąc na samej produkcji. Aż dziw bierze, że zespół nie ozdabia swoich okładek jakąś komiksową maszkarą przypominającą Eddiego.

Starblind w swej twórczości nawiązuje nie tyle do klasycznych dzieł „Dziewicy” z lat 80., ale do bardziej współczesnego okresu działalności Harrisa i kolegów. Mam tu na myśli okres mniej więcej od albumu The X-Factor (1995) do czasów współczesnych. Zatem mniej tu galopu i szaleństwa, za to jest trochę mroku, pewnej mistyczności, klimatu, a same kompozycje w większości przypadków, mimo niedługiego czasu trwania są dość rozbudowane.

Wspomniałem już o zmianie wokalisty. Jednak owa zmiana niewiele wnosi w ogólny obraz muzyki Starblind. Marcus S. Olkerud, podobnie jak jego poprzednik, wokalnie lokuje się gdzieś pomiędzy Michaelem Kiske a Brucem Dickinsonem (z lekkim wskazaniem w stronę tego drugiego). Operuje on nieco wyższymi rejestrami niż poprzednik.

Przyjrzyjmy się zatem głębiej zawartości muzycznej omawianego krążka. Otwiera go utwór The Everlasting Dream Of Flight. Budujące nastrój intro przechodzi w typową galopadę, która trwa niemalże do końca tego kawałka. Po nim następuje The Shadow Out Of Time, który swym klimatem może na myśl przywodzić maidenowy Virtual XI. Kolejne Pride And Glory oraz balladowy Eternally Bound brzmią jak odrzuty z The Final Frontier. Mają ten sam niesamowity klimat i trochę przesadzony dramatyzm. Dużo ostrzej robi się w Tears Of The Soldier. Tu zaliczamy ponowny powrót do Virtual XI czy The X-Factor (tyle, że z Dickinsonem na wokalu). Chociaż w tym utworze nie brakuje także spokojniejszych momentów, które pozbawiają go monotonii. Zdecydowanie moim zdaniem najlepszym utworem w tym zestawieniu jest Insanity And Genius z naprawdę porywającym refrenem i wokalnym popisem Olkeruda.

W powyższym opisie użyłem więcej porównań do płyt Iron Maiden, niż prawdopodobnie miałoby to miejsce w przypadku recenzji kolejnej płyty zespołu Steve’a Harrisa. Mam do tego albumu naprawdę skrajnie mieszane uczucia. Z jednej strony mamy do czynienia z zespołem bardzo zapatrzonym w swoich mistrzów, który w tym zapatrzeniu kompletnie stracił własną twarz. W tym kopiowaniu kompletnie nie pokazuje siebie, nie dodaje swej muzyce jakichkolwiek swoich pomysłów. Z drugiej zaś strony, patrząc z perspektywy człowieka, który w wieku nastoletnim słuchał płyt Iron Maiden w pozycji klęczącej i ze złożonymi rękami, muszę przyznać, że Never Seen Again naprawdę mnie porwało. Nowej płyty Maiden na razie na horyzoncie nie widać, zatem warto sobie skrócić czas oczekiwania najnowszym dziełem Szwedów. Zresztą Panowie Dickinson, Harris i reszta też nie będą wieczni, dlatego być może dobrze, że mają tak oddanych spadkobierców.

Fanatycy Iron Maiden mogą sobie dopisać 2 punkty do oceny

Ocena: 6,5/10

Bartek Kuczak

Bartek Kuczak

Wielki fan gitarowego grania od indie rocka do black metalu. Najlepiej jednak odnajduję się w klasycznych odmianach ciężkiego grania tj. heavy/power/thrash. Ponadto miłośnik języków obcych, samorozwoju oraz dobrego piwa.
Bartek Kuczak

Tagi: , , , , , , , , .