Starless Domain – “EOS” (2019)

Jeśli by wklepać w wyszukiwarce nazwę Starless Domain, to można się dowiedzieć, że amerykańskie trio jest przedstawicielem atmosferyczno-ambientowego black metalu. Jednak ich debiutancki krążek z ubiegłego roku (choć tak naprawdę to w zeszłym roku nagrali dwa longplaye i jeden split – takie kozaki) wydaje się być średnio dobrym przykładem takiego „miszmasz” gatunku.

Wszystko zaczyna się dźwiękami a’la Stone Tower Delerium (jeśli nie znacie, to natychmiast odsyłam do tej genialnej pozycji), ale prawdziwa zabawa zaczyna się gdzieś tak około minuty czwartej. To, co zaczyna wydobywać się z głośników bardziej nazwałbym drone albo industrial black metalem, ale pewna doza ambientu i atmosfery jest tu z pewnością. Tyle, że w znacznie mniej oczywistej formie. No dobra, w formie nieoczywistej w ogóle.

Album wydany został nakładem Aesthetic Death i trwa niemal godzinę. Przez ten czas słuchacz zostaje zalany pozornie chaotyczną i dysonującą kakofonią dźwięków z wmieszanymi w nią opętańczymi krzykami, które bezskutecznie próbują się przebić przez chaos hałasu wydawanego przez gitary, perkusję i klawisze. Całość jest niezmiernie mantryczna, powtarzająca w nieskończoność te same wydawać by się mogło frazesy, tyle że w coraz to innych, mutujących w chory sposób formach. Po dwudziestu minutach człowiek wciągnięty jest w ten szalony świat doszczętnie i bez reszty. I ten mętlik, ta narastająca sieczka, ta szalona jazda trwa nieprzerwanie do końca ostatniego utworu. W zasadzie mógłbym tę płytę porównać do filmów Alfreda Hitchcocka, które zaczynają się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie. Tak samo jest z EOSem. Ja po godzinie słuchania tego albumu dłuższą chwilę zastanawiałem się, gdzie w moim pokoju jest podłoga, a gdzie sufit. Dobrze, że w utworze EOS III jest odrobina oddechu, bo taki poziom sugestywności mógłby po prostu zabić. Na szczęście miłosierni samarytanie ostatnie trzy minuty ostatniego utworu EOS IV poświęcają również na wyciszenie skołatanej duszy otumanionego słuchacza, zastawiając jednocześnie tym samym na niego pułapkę, gdyż ten, wiedziony rządzą dalszych wrażeń zapuszcza płytę od początku.

Całość skwituję tak – od bardzo dawna nie słyszałem tak szokującej płyty. Od kilkunastu chyba lat nie miałem okazji zapoznać się z czymś tak skrajnym, a jednocześnie tak niesamowitym. I choć ciężko mówić tu o muzyce czy nawet poszczególnych utworach, to dzieło Amerykanów wierci dziurę w mózgu aż do samego jego pnia. Obcowanie z EOSem to jak jazda bez trzymanki rollercoasterem po sporej dawce narkotykowego koktajlu. Tyle, że tu jest jeszcze lepiej!

 

Starless Domain na Fecebooku

Starless Domain na Bandcamp

Starless Domain w Encyklopedii Metalu

Ocena: 10/10

Tagi: , , , , , , , , , , , , .