SubRosa – “For This We Fought The Battle Of Ages” (2016)

SubRosa to amerykańska doom/sludge’owa machina, prowadzona przez charyzmatyczną gitarzystkę i wokalistkę Rebekę Vernon. Ale nie, nie jest to kolejna podróba Electric Wizard, która po prostu gra nisko, wolno i w oparach zielonego dymu. SubRosa ze swoim schizofrenicznym klimatem, kreowanym przez dwie skrzypaczki, oferuje sporo więcej.

Na wstępie zaznaczam: ten album być może zasługuje na nieco wyższą notę, w szczególności jeśli jest się fanem dołujących, a zarazem nieszablonowych doom’ów, który nie miał styczności z ostatnim albumem zespołu. Ten drugi warunek jest tu kluczowy. Dla kogoś, kto SubRosy nie zna For This We Fought…, może być objawieniem, przy którym będzie się dołował w nadchodzące jesienne wieczory. I całkiem prawidłowo, bo to świetny album, ale jednak nie aż taki fenomenalny mózgojeb, jak poprzednie More Constant Than The Gods. Czekając na nową SubRosę, liczyłem po cichu, że może będę mógł spokojnie wystawić dziesiątkę, ale niestety, aż tak dobrze to “się nie da”.

SubRosa doskonale łączy ciężar powolnych, niskich riffów z pięknymi i smutnymi partiami skrzypiec. To też najbardziej przystępna płyta w dorobku zespołu, bo tak się składa, że spokojniejszych fragmentów jest tu całe mnóstwo i wypadają nawet lepiej, niż ciężkie łojenie. Brakowało mi tutaj trochę tego połamanego szaleństwa z Affliction, czy masywnej psychodelii Stonecarvera. Z drugiej strony efektem jest album przystępny tak, jak to tylko było możliwe w przypadku materiału, który jedzie na sile kosmicznie przesterowanych skrzypiec i miażdży gitarowym walcem.

Szczególnie wybija się Wound of the Warden, gdzie wyważenie pomiędzy łagodnością a ciężarem jest idealne. Wszystko się uzupełnia, od mocniejszych fragmentów, po delikatne wokale i poruszające linie melodyczne. Przede wszystkim błyszczą jednak popisy skrzypaczek, które wiodą tu prym i sprawiają, że miło się w tej muzyce zatracić. Najsmutniejszy i piękny Killing Rapture zaskakuje nagłym przyspieszeniem i skrzypcowym szaleństwem, a Troubled Cells to poruszający i wzniosły protest song, choć w doomowej oprawie. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie Black Majesty, który zaczyna się ciekawą linią wokalną i nieźle kończy, ale niestety pomiędzy tym jest jakieś trzynaście minut nieprzekonującej, rozwlekłej muzyki. A mogło być tak pięknie…

Specyficzne są też wokale Rebeki. Kiedy śpiewa spokojnie i wysoko, jej efekt jest świetny, natomiast w cięższych momentach, gdy schodzi na niższe rejestry nie można oprzeć się wrażeniu, że nieco się męczy i nuży słuchacza. Ale cóż, tak jak mówiłem fragmentów spokojniejszych jest więcej, a zatem nie ma nad czym płakać.

Po cichu liczyłem na album wybitny, dostałem bardzo dobry. Z drugiej strony cieszy mnie fakt, że SubRosa udowodniła, że ich ostatnie dokonania to nie był jednorazowy wyskok. Bardzo miły powiew świeżości, na nieco już zatęchłej, doom metalowej scenie.

Ocena: 8/10

 

Tagi: , , , , , , , .