Suicide Silence – „Become the Hunter” (2020)

Lubię takie zwroty akcji jak ten, którego udziałem będzie nowy album Suicide Silence. Jego tytuł brzmi Become the Hunter i ujrzy światło dnia czternastego lutego 2020 roku dzięki Nuclear Blast – i utrze nosa wszystkim niedowiarkom. No ale po kolei…

Data 1 listopada 2012 roku na zawsze pozostanie wyryta w pamięci muzyków i fanów zespołu Suicide Silence. Tragiczna śmierć frontmana i wokalisty Mitcha Luckera wywarła niewątpliwie duży wpływ na środowisko z nim związane, a co za tym idzie na przyjaciół z kapeli, którzy zdecydowali się ciągnąć ten wózek dalej, honorując swego kolegę koncertem Ending Is the Beginning. Krótko po tym memoriale ogłoszony został zastępca Mitcha w postaci Hernana Hermidy, który znany był wcześniej z All Shall Perish. Hermida w All Shall Perish pokazał się jako bardzo wszechstronny wokalista, który nie tylko dysponuje pełnym spektrum wrzasków, ale także umiejętnością czystego śpiewu. Stąd jestem w stanie zrozumieć dlaczego muzycy Suicide Silence po jego dojściu skusili się na skierowanie w nieco lżejsze rejony muzyczne. Po trzech bezkompromisowych albumach podjęli próbę wykorzystania nieco większej palety barw w muzyce i oczyszczenia systemu z odrzuconych przez lata lajtowych pomysłów – tak na moje oko.
Nowy album Suicide ma szansę pokazać sceptykom, którzy odwrócili się od kapeli, że być może za szybko postawili krzyżyk na jednych z prekursorów sceny deathcore. No właśnie, tu pojawia się pytanie: czy to nadal jest deathcore czy coś więcej? Według mnie Suicide Silence muzycznie ewoluowali, dokładając z każdym albumem coś świeżego do swego stylu.

Z Become the Hunter rozwój zespołu zatacza koło, styl znów wydaje się przebudowany na nowo, album jest brutalny, ale atrakcyjny, bynajmniej nie wtórny. Pierwsze co rzuca się w uszy to całkowity brak czystych wokali, Hermida nie pozwolił sobie na tej płycie zaśpiewać nawet jednego słowa, za to ryczy na wszelkie możliwe sposoby. Jego głos sięga od maksymalnie wysokiego screamu po pig squele, wtapiając się dzięki temu w najlepsze tradycje wczesnego Suicide. Taka ekspresja oczywiście byłaby pozbawiona sensu, gdyby sama muzyka nie była ekstremalna jak to tylko możliwe. Na ten moment śmiem uważać szósty album Amerykanów za najagresywniejszy jak do tej pory. Jego ciężar, szczerość, dynamika są świetnie uwypuklone mocnym miksem Josha Wilbury (Megadeth, Gojira) i masteringiem Teda Jensena (Pantera, Deftones). Płyta brzmi morderczo ciężko, ale przejrzyście i naturalnie. Największą trudność w związku ze słuchaniem Become the Hunter przynosi mi wybranie jakichś muzycznych faworytów, bo materiał jest cholernie równy i dobrze ułożony, dzięki czemu mamy wrażenie obcowania ze złożoną z jedenastu ciosów całością, w której dominują blasty, mega ciężkie beatdowny i łupanki w średnich tempach. Na pewno na wyróżnienie zasługuje motyw otwierający utwór Two Steps (koncertowy czołg), uwydatniony refren w Love Me To Death, groove z In Hiding, czy totalnie zainspirowana Meshuggah solówka w The Scythe. Są to motywy od razu wybijające się z całości i wbijające się w pamięć.

Polecam zapoznanie się z propozycją Become the Hunter wszystkim bez wyjątku – twardym fanom zespołu, nowicjuszom w temacie, a najbardziej tym, którzy głośno krzyczeli, że zespół zdradził swoje ideały. Liczę, że przyznają się do pochopnego osądu.

Ocena: 9,5/10

Suicide Silence na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , , , .