Svartkonst – “Devil’s Blood” (2018)

Nie zawsze jest czym się zachwycać – to stwierdzenie nie jest żadnym odkryciem. 
Na specjalnie odkrywcze dzieło debiut projektu Svartkonst o tytule Devil’s Blood też nie wyglądał.
Biorąc pod uwagę okładkę i tytuł wydawnictwa (było-nie-było i nazwę legendarnej holenderskiej formacji occult rockowej, i tytuł pochodzącego z albumu Casus Luciferi klasyka Wataina) nasuwa się pytanie, czy za grafiką typu “Poorman’s Wild Hunt” (kto by się spodziewał, kolejne nawiązanie do szwedzkiej sceny black metalowej) kryje się coś więcej. Spoiler alert: nie.

Svartkonst albumem Devil’s Blood prezentuje całkiem strawną black metalową młóckę, zahaczającą mocno o uczerniony death metal, dla entuzjastów gatunku rzecz prosta i przystępna. Na wstępie warto więc wspomnieć, że materiał nie jest zły i choć brzmi przewidywalnie, jest daleki od zanudzania słuchaczy na śmierć. Nie zachwyca, ale za to przyjemnie złowieszcze z niego background music.

Obiecujące Black Light Burning zostało (jakże chytrze) pierwszym na albumie kawałkiem. Nawałnica dźwięków daje wielką nadzieję na usłyszenie czegoś więcej. Przyznaję, momentami naprawdę czekałam na trochę eksperymentowania i mniej odtwórcze brzmienie.
O albumie aż chce się powiedzieć, że jest poprawny. Wszystko jest na miejscu i to tak bardzo na miejscu, że sprawia wrażenie, jakby twórca projektu, Rickard Törnqvist, nagrywał albo w obawie przed odstępstwem od normy, albo podczas kartkowania poradnika o tym, jak grać black metal. Jest więc wokal wycharkujący teksty o diable i śmierci oraz lejąca się zewsząd posoka. Grzmią blastbeaty, rozbrzmiewają udręczone gitary, wszystko zostaje oczywiście połączone w efekcie ściany dźwięku. Prawidłowo, być może bez pomysłu, ale prawidłowo.

Flames of Salvation operuje podobnie ciężkimi dźwiękami, co pierwszy kawałek wydawnictwa. Nawiasem mówiąc niezły cwaniak z tego Törnqvista, żeby kolejną ciekawszą kompozycję umieścić na albumie nieco dalej i przyciągnąć dzięki temu uwagę słuchaczy na dłużej. Przestrzeń dźwięku przez pewien czas jest bardziej złożona i wciągająca, jednak ten umiejętnie zbudowany efekt zanika wraz z dość przeciętnym I Am Nothing, w którym bardziej niż klimat słychać mechaniczne powtarzanie pewnych motywów.

Instrumentalne En sten föll från mitt bröst („Kamień spadł mi z serca”) zamyka album.
Dużą przesadą byłoby powiedzieć, że tak rzeczywiście się poczułam, gdy skończyłam przesłuchiwanie Devil’s Blood. Choć aranżacje nie zapadają w pamięć, zapoznawaniu się z debiutem Svartkonst nie towarzyszyło poczucie, że album należy natychmiast wyłączyć ze względu na niewartą jakiejkolwiek uwagi zawartość. A to już coś, patrząc na istny wysyp zespołów nagrywających, krótko mówiąc, znacznie gorzej przemyślany materiał.

Ocena: 5,5/10

Tagi: , , , , , , .