Swear The Empress – “In Our Veins” (2017)

Swear the Empress to młoda stażem, ale aktywna grupa. W obecnym, ustabilizowanym składzie zespół gra od 2014 roku, a na koncie ma już niemałą liczbę konkursowych osiągnięć, wiele klubowych i festiwalowych występów, wydaną w 2015 roku EPkę Swear the Empress. Portfolio zamyka niniejszy debiutancki album In Our Veins, wydany własnymi siłami w formie ładnego digipacka.

Na płycie znajdziemy 48 minut muzyki zamkniętej w 12 utworach, z czego cztery ostatnie to akustyczne wersje trzech kawałków z In Our Veins oraz jednego ze wspomnianego mini-albumu. Osiem, nazwijmy to, podstawowych numerów, to nacechowany dynamizmem i energią melodyjny metal z kobiecymi wokalami. Nisko strojone gitary generują ciężkie, ale harmonijne, porywające riffy i powerchordy, a „swoje trzy grosze” dorzucają przyjemne dla ucha leady. Kawałki utrzymane są raczej w średnich tempach, a od czasu do czasu przytrafi się szybszy fragment. Teksty skupiają się głównie na tematyce relacji damsko-męskich, ale na szczęście dla tego wydawnictwa nie uświadczymy żadnych rzewnych ballad. Przez cały czas traktowani jesteśmy konkretnym rockowym kopem i zadziornością. Jasnym punktem muzyki Swear the Empress są wokale Justyny. Wokalistka potrafi korzystać ze swoich umiejętności wokalnych, a barwa głosu nie drażni, chociaż w moim odczuciu przydałoby się więcej rockowego pazura i agresji. Pełnię swoich możliwości Justyna prezentuje w akustycznych kompozycjach. Na marginesie, utwory te nie są banalnym brzdąkaniem akordów, ale całkowicie nowymi aranżacjami pierwotnych kompozycji, co czyni je interesującym dodatkiem do albumu.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napiszę, będzie prozaiczne…ale dobrze mi się słuchało In Our Veins. Przebojowe melodie wpadają w ucho, stopa sama wystukuje rytm, a głowa się kiwa do taktu. Wprawdzie nie było żadnego momentu ŁAŁ, może coś tam drgnęło w Nie pozwól, ale tak naprawdę trudno mi znaleźć jakiś konkretny, słaby punkt tej płyty. Pomijam skojarzenia, których po prostu nie da się uniknąć, na przykład z Evanescence, ale czy to może być zarzut? Brzmienie płyty jest nowoczesne, klarowne, ale nie cukierkowe, czego się trochę obawiałem. Chętnie usłyszałbym więcej growli i eksperymentów z wokalami, jak to jest w przypadku otwierającego album Liar. Ogólnie nie mam jednak zamiaru szukać dziury w całym. Muzycy są ambitni, mają swoje cele i konsekwentnie pokonują kolejne etapy do ich osiągnięcia. Szkoda tylko, że w naszym kraju tego typu muzyka jest traktowana po macoszemu, gdyż dzięki takim zespołom, jest szansa na utrzymanie zainteresowania ciężkim, gitarowym graniem wśród młodzieży, która z czasem może wciągnie się też w ekstremalne klimaty. Bo tak z ręką na sercu, czy jest ktoś, kto zaczynał przygodę z metalem od razu od death czy black metalu?

Ocena 7/10

 

Łukasz

Łukasz

Ku "rozpaczy" szanownej Małżonki uzależniony od kolekcjonowania CD. Natchniony płytą pewnego polskiego zespołu oraz kryzysem wieku średniego rozpocząłem przygodę z recenzowaniem . I tak z czasem trafiłem do Kvlt. Wszelka konstruktywna krytyka mile widziana.
Łukasz

Latest posts by Łukasz (see all)

Tagi: , , , , , , .