The Browning – “Geist” (2018)

Przyznaję się bez bicia: mam słabość do The Browning. Koniec i kropka. Choć biorąc ich twórczość na zdrowy rozum, nie znajduję tu niczego, co przykułoby moją uwagę na dłużej, tak ich deathcore podbity dużą ilością sampli i beatów daje mi na tyle frajdy, że z radością czekam na kolejne wydawnictwa. W tym także na najnowszy Geist.

Pod nazwą tą kryje się czwarty pełny album amerykańskiej drużyny. Długi, bo zawierający dwanaście numerów, łącznie składających się w czterdzieści pięć minut krążek został wydany pod koniec października przez Spinefarm Records.

Nie będę zmyślał. Nie oczekiwałem od The Browning żadnych fanaberii, udziwnień, rozwoju, nic z tych rzeczy. Wystarczyłoby mi po prostu dostać kolejną dawkę niskich krzyków podbitych tanecznymi breakdownami i elektroniką wyciągniętą z klubu EBM/IDM, i byłbym kupiony. Tym razem jednak zespół dodał dużo nowych treści. Czyste wokale nie są już sporadycznym dodatkiem tylko często używanym środkiem przekazu. Bardzo wyewoluowała elektronika, co jest ogromnym plusem i urozmaiceniem kawałków. Chłopaki nauczyli się również przyśpieszać przy blastbeatach, ale też dali na album więcej balladowych i popowych momentów. Szkoda tylko, że dalej tworzą proste piosenki na trzy motywy na krzyż. Schematyczność kompozycji zawsze dawała się tu w znaki, a większy arsenał pomysłów, o ironio!, niewiele w tej kwestii zmienił.

Cóż więc jest takiego w tych konstruktach zwrotka-refren-ewentualny dodatek, że tak przykuwają moją uwagę? Geist potrafi być cholernie przebojowy. Bujający groove na gitarach i perkusji, bardzo dobry wokalista i porywająca elektronika po prostu nosi i nie pozwala usiedzieć. Numery takie jak Sick Mind, Everlost albo strzał tytułowy idealnie sprawdziłyby się na koncercie, i najprawdopodobniej to właśnie na żywo zostały stworzone. Ta płyta ma mnóstwo fragmentów, w których głowa sama zaczyna się bujać.

Ma również od groma części, które są mniejszym bądź większym pudłem. Pal już licho numery będące w zasadzie swoimi kalkami, z podmienionymi tylko samplami i jedną nutą gdzie indziej (przykładowo Beyond Stone i Everlost). Gdy już odpowiednia chwila zaskoczy, przestaje to przeszkadzać. Gorsze są pomysły zupełnie niedopasowane. Najbardziej rzuca się tutaj wyjątkowo klubowa i tępa część Carnage, która niespodziewanie i nie wiadomo czemu przechodzi w trap. Nie chodzi mi o to, że sam fragment jest zły, myślę że można byłoby go dużo lepiej i równiej wykorzystać (przy okazji musimy przyznać że wyjście z niego do kolejnego etapu jest dużo sensowniejsze, niż wejście nań). Nie mam też konceptu na najcięższy Optophobia, który bez sensu zwieńczony jest nieporównywalnie delikatniejszym, śpiewanym refrenem i głupią końcówką.

Po raz kolejny też The Browning po dłuższym czasie nudzi. Za każdym razem w okolicach drugiej połowy płyty mam już dość wtórności i grania, w zasadzie, na jedno kopyto. Bardzo dobre brzmienie i przebojowość dużo lepiej sprawdzają się w formie piosenek niż pełnego krążka, tak też sugerowałbym Geista traktować. Miłośnicy elektroniki w -core’ach i fani zespołu powinni być zadowoleni, reszta może sprawdzić co najwyżej w famach ciekawostki. Ja chyba jednak wolę wcześniejsze albumy.

The Browning na Facebooku

Ocena: 6,5/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .