The Elite – “Total Destruction” (2018)

Był maj 2003 roku. Nic nie zapowiadało, by był to miesiąc różniący się od innych w jakiś szczególny sposób. Ja, wówczas dwudziestojednoletni, młody metalowiec, również nie przewidywałem żadnego przełomu w swoim życiu jako fana najlepszej i najszlachetniejszej z odmian muzyki. Był to okres, w którym po totalnym zamiłowaniu do black metalu, zacząłem szukać i wymagać od muzyki trochę więcej niż jednego gatunku (można to nazwać dorastaniem). Wraz ze zmianą świadomości muzycznej pięknie złożyła się premiera jednego z ważniejszych moim zdaniem albumów metalowych w historii nowoczesnego metalu. Dnia 13 maja 2003 roku światło dzienne ujrzała płyta The Impossibillity of the Reason zespołu Chimaira, która zatrzęsła nie tylko moim małym światem, a rozpętała piekło na całym świecie. Chimaira z kolejnego, niczym nie wyróżniającego się zespołu nu metalowego przeobraziła się w maszynę do niszczenia, łącząc w sobie epickość …And Justice For All Metalliki, technikę Symbolic wielkiego Death, gniew hardcore’u i groove nu metalu. Zostałem kompletnie opętany przez ten album i do dziś go uwielbiam.

Mowa o tej płycie, ponieważ członkiem i jednym z głównych kompozytorów zespołu Chimaira jest pan Rob Arnold, który 28 września tego roku wydał debiutancki album Total Destruction nowego projektu nazwanego The Elite. Płytę tę można zamówić bezpośrednio ze strony muzyka bez udziału wytwórni, co z jednej strony może utrudnić jej dystrybucję, ale z drugiej mamy pewność, że nasze pieniądze trafiają bezpośrednio do jej twórców.

Opis zacznę od składu. Rob do The Elite zaprosił ciekawych muzyków. Za perkusją zasiadł Austin D’Amond znany z epizodu w Chimaira, Devildriver i Bleed The Sky. Na wokalu zaś udziela się niejaki TJ Frost. Sprawdzając jego przeszłość, oniemiałem. Okazało się, że jest on odpowiedzialny za wokale na jednej z bardziej ważnych dla mnie płyt death metalowcyh, czyli wydaną w latach 90. The Dead Shall Inherit zespołu Baphomet (później Banished). Nice!

Opisując samą muzykę The Elite, nie ma szans na ucieczkę od porównań do Chimaira. Total Destruction utrzymana jest w podobnym klimacie do wydanego w 2009 roku albumie tegoż zespołu, zatytułowanego The Infection. Utwory zbudowane są na breakdown’ach. Elementy te inne zespoły używają jako dodatków, tu natomiast każdy kawałek posiada połamany beat, w którym stopy z gitarami wtłaczają w mózg chore bicia, a o których pomysłodawca takiego grania Dino Cazares (Fear Factory) nigdy nie śnił. Słuchając tej płyty, naszła mnie poważna zagwozdka, bo na serio mam wrażenie, że perkusista zespołu miałby problem odegrać bez zmian utwór AC/DC. Austin D’Amond udziwnia i łamie każdy z możliwych motywów, a jego styl grania to głównie prawdopodobnie AD/HD ( a nie AC/DC hehe). Rzeczy, które wyczynia na tej płycie po prostu onieśmielają.

Niesprawiedliwym byłoby nie oddanie szacunku kompozytorowi tej muzyki, ponieważ gdyby nie jego kompozycje i aranże, to Austin nie bardzo by miał do czego pukać. Rob Arnold stworzył album, który muzycznie poza ogólnym dosyć przyswajalnym odbiorem, nie należy jednak do łatwych. Znakomicie się go słucha, gdy przykuwa się pełną uwagę do tego co jest grane, gdyż aranżacyjnie Total Destruction jest naprawdę bardzo techniczne. Utwory zbudowane są na niebanalnych motywach, wielu patentach, łamanych rytmach i zabawie riffem. Mimo to ostateczny odbiór kompozycji nie jest trudny.

To moim zdaniem jest zasługa wokalisty TJ Frosta. Jego zryty do granic możliwości wokal został tak zbudowany, że nadał utworom bardziej przyswajalny klimat. Nie ma tu oczywiście mowy o słodkich, przebojowych zaśpiewach. Chodzi mi bardziej o to, iż zrobił z tych utworów piosenki. Dzięki wokalom ta masa kaskaderskich pokazów muzycznych jest zdatna do słuchania ( co nie znaczy, że nie przesłuchałbym tego albumu w wersji instrumentalnej). Głos Frosta w większości utworów jest krzyczany, momentami kojarzy mi się z MushroomHead, momentami z hardcore’owymi krzykami nowojorskich kapel. Biorąc pod uwagę korzenie wokalisty, trochę żałuję, że nie pozwolił sobie od czasu do czasu ryknąć growlem jak zarzynane prosię, w sposób z czasów Baphomet. Skupił się na tym, by wkomponować się w nowoczesny styl The Elite (co się udało), ale podbicie siarczystym dołem dodałoby agresji. Aczkolwiek jestem nadal pod wrażeniem różnorodności muzycznej, w jakiej jest w stanie się odnaleźć.

Utwory w stylu My Last Murder, Weightless czy otwierający Sleepwalker są w stanie skruszyć mury. Ich ciężar jest niepodważalny. Odpowiada mi też bardzo oszczędne podejście do używania melodii w partiach gitary. Jest tego niewiele, ale jak już się pojawiają, są to zagrywki niebanalne i zapadające w pamięć. Mocną stroną Total Destruction jest też brzmienie. Płyta słuchana przy dużej głośności potrafi zatrząść całym mieszkaniem. Jest to zasługa żywego brzmienia, pozbawionego próbek perkusyjnych i potężnego masteringu.

Co najbardziej zaskakujące Rob Arnold osobiście odpisał mi na prośbę udostępnienia muzyki do recenzji. To jakże rzadko spotykane, ludzkie podejście w połączeniu z jego historią w Chimaira i oczywiście bardzo dobrą płytą The Elite składa się na notę ostateczną tej recenzji. Total Destruction to nowy poziom ciężaru. Zabarwiony bardzo progresywnym myśleniem, podejściem do aranżu i wręcz pedantycznym spojrzeniem na brzmienie. Polecam równomiernie fanom Chimaira, jak i ludziom, którzy nigdy tego zespołu nie słuchali.

Ocena : 9.5/10

The Elite na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , , .