The Freeks – Shattered (2016)

Mam trochę rozdźwięk pomiędzy tym, co słyszę, a tym, co spodziewałem się usłyszeć. Krótki research na temat The Freeks, o których nigdy wcześniej nie słyszałem, był owocny: za kapelą stoi Ruben Romano, współzałożyciel takich legend stonerowej sceny jak Fu Manchu czy Nebula. W początkach istnienia The Freeks maczali też palce inni przekozacy, jak Jack Endino (jeden z najważniejszych producentów rockowych lat 90-tych i nie tylko), John McBain (Monster Magnet), Scott Reeder (Kyuss), Isaiah Mitchell (Earthless), Lorenzo Woodrose (Baby Woodrose) czy Bernie Worell (Funkadelic, Talking Heads). Na Shattered żadnego z tych gości poza Romano nie ma, ale powinniście już złapać klimat w jakim funkcjonują The Freeks.

Sęk w tym, że pierwsze zetknięcie z Shattered przynosi zupełnie inne wrażenia. Kolorowe grafiki kierunkują bardziej w stronę wesołego knajpianego rock’n’rolla podszytego może punkiem i kiedy odpalam krążek to właśnie to słyszę. Tiny Pieces to typowy, brudny, wesołkowaty rock’n’roll, a kolejny na albumie, znakomity skądinąd Where Did You Go, ze świetną solówką klawiszowca Estebana Chaveza, tylko pogłębia to wrażenie. Fajne to jest, super się słucha, nóżka skacze, wokal harczy, gitary piłują klasyczne rock’n’rolle. Musi się do tego świetnie spożywać napoje wyskokowe. Skąd więc we wszystkich recenzjach, porównaniach i zestawieniach The Freeks pojawiają się w towarzystwie Monster Magnet? Zagadka wyjaśnia się po niecałych siedmiu minutach. Po tych dwóch, tchnących klasyką rock’n’rolla numerach, nagle wjeżdża upstrzony elektroniką Strange Mind. I od tego powodu robi się już bardziej kosmicznie, a duch Monster Magnet jest nawet więcej niż wyczuwalny, choć tu i tam The Freeks wracają do tych swoich prostszych, brudaśnych rzeczy, w których wokaliści nie przejmują się zbyt pięknym śpiewaniem (I’m a Mess, Uncle Jack’s Truck).

Płyta rozkłada się więc praktycznie na dwie połówki, tak jakby zespół nie do końca mógł się zdecydować co chce grać i połączenie obu stylistyk w jednym kawałku wychodzi mu tak naprawdę jedynie momentami, jak w Sylvia czy La Tumba. Poza tym oba style więcej różni, niż łączy, a The Freeks nie biorą na siebie odpowiedzialności za pogodzenie ich – po prostu raz grają to, raz tamto. Płyta jest przez to niespójna, ale od samego początku czuć, że chodzi tu bardziej o zabawę, niż opowiadanie historii, więc nijak mi to nie przeszkadza. W zasadzie jestem nawet nieco zdziwiony, bo taki zlepek prawdopodobnie w każdym innym wykonaniu byłby dla mnie ciężkostrawny, a tymczasem Shattered jakoś nie wywołuje u mnie zgagi. Słucha mi się całości z łatwością i przyjemnością. Nie oszaleję na punkcie tej płyty, ale też nie mogę jej uznać za chłam czy rzecz niegodną uwagi. Może zainteresować zarówno fanów Farflung, jak i Motorhead.

6,5/10

The Freeks na feju

 

Sprawdź też:

Lucifer, Yellow Horse, Octopussy, Piołun, Only Sons

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , .