The Lord Weird Slough Feg – “New Organon” (2019)

Ten zespół o dziwacznej nazwie, ma już status legendy, oczywiście tylko w pewnych kręgach. A są to kręgi umiłowane w prymitywnym, niezwykle surowym, barbarzyńskim heavy metalu z progresywnym (i nie tylko) zacięciem. Powstały niemal trzy dekady temu, przez kilkanaście lat funkcjonował pod skróconym szyldem Slough Feg, by znów wrócić do pełnej nazwy. To pierwszy album ekipy Mike’a Scalzi’ego po tym zabiegu, a dziesiąty w ogóle.

Kilka lat przerwy po mocno średnim Digital Resistance zrobiło dobrze zespołowi. Nie ma śladu po bezmyślnych kompozycjach, sileniu się na szczyty heavy metalowej kombinatoryki i sztucznym zadęciu całości. Scalzi i spółka wracają wypoczęci, rozluźnieni, silniejsi i głodni tego, w czym kiedyś wiedli prym. Ci, którzy zespół znają, a trzeba podkreślić, że grono fanów w Polsce nie jest wcale takie małe (wzrosło po wydaniu płyty Made In Poland, albumu live z koncertu w Warszawie), mogą odetchnąć The Lord Weird Slough Feg znowu wkroczył na właściwe tory, i wydaje najlepszą płytę od czasów Hardworlder, i to w zasadzie wystarczy za recenzję.

Ci, którzy zespołu nie znają, muszą nastawić się na bardzo specyficzne doznania, nawet w obrębie klasycznego heavy metalu. A ten jest punktem wyjścia do całego bagażu pokrewnych naleciałości, które same w sobie są swoistym wehikułem czasu i przenoszą słuchacza w magiczne lata 70., a nawet dalej, zamieniając się w jedyny w swoim rodzaju proto-metal (z racji braku lepszego określenia). Oczywiście heavy proponowany przez The Lord Weird Slough Feg też jest specyficzny – to odarty z wszelkich ozdobników prymitywny riff osadzony na topornym tempie, przy którym surowizna Cirith Ungol i jaskiniowe brzmienie Brocas Helm to szczyt wyrafinowania, techniki i dźwiękowego bogactwa. To jest świadomy, naturalny powrót do czasów, kiedy kształtował się hard rock w swej pierwotnej, wywodzącej się z bluesa formie. Słuchając New Organon, trudno oprzeć się wrażeniu, że przenieśliśmy się do czasów, kiedy swój debiut wydawał Heavy Load, a każdy kolejny numer to kolejne kroki wstecz. Oczywiście tylko w sensie ściśle chronologicznym brzmieniowo, bo im mniej kombinowania, tym więcej klimatu i coraz fajniejszych piosenek. Do The Apology włącznie jest to jeszcze heavy metal wykrzesany spod maczugi jaskiniowca, ale już Being And Nothingness ma w sobie sporo żaru z czasów prapoczątków NWOBHM. Prawdziwa jazda zaczyna się pod koniec płyty, która już bez pardonu czerpie z brytyjskich tradycji początku lat 70.. Raz będzie to Thin Lizzy przefiltrowany przez doom metal, innym razem przaśna melodia zagrana przez podpitych, heavy metalowych zgrywusów. Nie zabraknie bluesowych motywów i zagrywek, które dziwnie pięknie wpasowują się w ciężkie, sunące riffy.

Trudno powiedzieć, że to niepowtarzalny charakter, choć jest on oczywiście wyczuwalny, ale Amerykanie chyba troszeczkę przedobrzyli. Do Uncanny, album jest bliski absolutu w swej kategorii, ale końcówka, choć rewelacyjnie rozluźniona i pozbawiona wszelkich hamulców, lekko gryzie się z resztą materiału. Efekt jest taki, że mamy dziesięć doskonałych piosenek, które zestawione razem, dają bardzo dobry album. A w takim przypadku powinien być album doskonały. Mało brakowało.

Ocena: 8,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , .