The Osiris Club – “The Wine-Dark Sea” (2018)

Nierzadko sięgam po progowe propozycje zza granicy, szczególnie te, które trącają mocami nieczystymi i sugerują ciemniejsze zabarwienie swojej twórczości. Londyński The Osiris Club to ukłon w stronę stoner/art rocka z dużą dawką tej progresywności i szczyptą psychodelii. Album pod tytułem The Wine-Dark Sea, który przyszło mi niniejszym recenzować, powinien mieć to wszystko, czego w tego typu wydawnictwach szukam – od konceptu po zamknięcie ponurych historii w rozbudowanych kompozycjach. Poniekąd niczego tu nie brakuje, ale jednak to zupełnie nie “to”, czego oczekiwałam.

Album rozpoczyna bardzo melodyjna, przyjemna kompozycja Wormwood Grange, gdzie króluje chwytliwy riff, czysty wokal z lekkim pogłosem i klasyczna perkusja bez wariacji czy komplikacji. I……taka forma utrzymuje się już do końca albumu. Dajmy na to drugi utwór Island of Stone, gdzie powtarzane frazy refrenu świetnie kontrastują z linią melodyczną gitary, zaś już w kolejnych The Hopeless Distance i The Signal dostajemy typowo progowe, ale nie za długie układanki. Żadnemu utworowi nie można odmówić ducha, gitary bujają, czasem nieco niepokojąco, bas dudni, są nawet minimalne urozmaicenia, jak saksofonowe wstawki w Inner Room, Ringing the Changes i With the Giants. Ogromną rolę na albumie odgrywają aranże i produkcja, za które odpowiedzialny jest Andreas Møller, znany ze współpracy z Ulverem. Sound jest może trochę staroświecki, z mrugnięciem oka w stronę lat 70., ale według not prasowych o taki właśnie walczyli muzycy. Oprócz klarownie wybrzmiewających wariacji instrumentalnych na uwagę zasługują na pewno charyzmatyczne, kosmiczne wokale Seana Coopera i backgroundy Simona Oakesa. Lirycznie natomiast jestem  niemal zauroczona pomysłem – za inspirację po raz kolejny posłużyły powieści Lovecrafta i Roberta Aickmana. Opowieści snują się wokół relacji – pożądania, zdrady i obsesji. Szczerze powiedziawszy po takim zamyśle spodziewać by się można ponurej czy mrocznej atmosfery, jednak sama muzyka nie do końca ją oddaje. Za skomponowaną w nieco zimniejszej aurze można uznać ostatnią piosenkę Winters Night on Sentinel Hill, jednak poza tym utwory są nadto “miłe” dla ucha, poukładane i jednak ostatecznie wygładzone. Nie chcę tu absolutnie ujmować czegokolwiek atmosferze panującej na albumie, nie trzeba grać nisko i posępnie, aby wiało grozą, jednak sęk w tym, że klimat na The Wine-Dark Sea jest zbyt kojący w stosunku do zamierzonego – jak sądzę – efektu. Mrocznie miałoby być również od strony graficznej albumu, opracowanej we współpracy z Julią Harris. Okładka przedstawia domek dla lalek, wypełniony obrazami czaszek, owadów i drzew. Czy jest to zamierzone, czy nie, może być interpretowane jako przedstawienie historii Lovecrafta. Nic więcej o albumie mówić nie trzeba.

The Osiris Club ze swoją drugą płytą może nie pochłania tak szybko, jak posłanka Pawłowicz strawę na sali sejmowej, ale przyjemnie płynie w głośnikach i po paru przesłuchaniach nie nuży, wcale nie dlatego, że “mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”. W moim odczuciu parę elementów na linii koncept-groza-mrok-muzyka nie do końca zagrało, ta estetyka jest tu wyczuwalna nie na tyle, na ile jest w niej potencjału. Poza tym wieje na kilometr patentami Rush, Voivod czy momentami nawet Pink Floyd, jednak na szczęście owe inspiracje nie są nadmiernie dominujące, by The Wine-Dark Sea utonął we własnej sieci. Podsumowując, zapraszam do klubu Ozyrysa wszystkich, którym marzy się powrót do neo-progowych klimatów z nutką dekadencji acz w nowoczesnym i nieszczególnie przekombinowanym wydaniu.

Ocena: 7/10

 

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , .