Torture of Hypocrisy – „RBMK-1000” (2016)

Nie wiem, co Torture of Hypocrisy robili na poprzednich krążkach, bo ich nie słyszałem, ale opisy ich muzyki znalezione w różnych kącikach Internetu są bardzo różne – raz jest napisane, że grają techniczny death metal, raz, że pomieszany z thrashem, raz, że jeszcze groove metal i to na dodatek z elementami muzyki etnicznej. RBMK-1000 stawia jednak kwartet w jednym rzędzie na przykład z Thy Disease, a ci, jak wiadomo, obracają się w stylistyce mieszającej death metal z industrialem.

Ale zacznijmy od początku. RBMK-1000 to album koncepcyjny, bazujący na historii jednej z najniebezpieczniejszych – i śmiem twierdzić, że najbardziej intrygujących – katastrof, jakich doświadczył świat w XX wieku, czyli katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu na Ukrainie. Tytułowy RBMK-1000 to zresztą nazwa samego reaktora atomowego, jakich cztery działały w elektrowni. Pozwólcie, że nie będę się wdawał w szczegóły techniczne, bo nie czuję się kompetentny. Nie będę też streszczał wydarzeń, jakie miały miejsce pod koniec kwietnia 1986 roku, bo to właśnie robią Torture of Hypocrisy i to w ciekawy sposób.

Skupmy się na początek właśnie na tym aspekcie albumu. Zespół wziął na warsztat wydarzenia z Czarnobyla i po prostu stworzył jedną opowieść, wykorzystując punkty widzenia różnych bohaterów (jak najbardziej prawdziwych). Torture of Hypocrisy skupili się na przedstawieniu faktycznych wydarzeń, ale nadali im wręcz książkową narrację, uwydatniając nie tylko ludzkie dramaty, ale także jednostkowe ambicje i emocje. Innymi słowy przedstawili kawałek opowieści, zwracając uwagę na fakty i ich autentyczność (w tekście pojawia się sporo nazw własnych, a w utworach wykorzystano także oryginalne i dostępne w sieci nagrania rozmów podczas katastrofy i akcji ratunkowej), ale nie pozostawiając bez uwagi jednostek ludzkich. Jeśli ktoś zna angielski i potrafi odcyfrować, co krzyczy Rafał Kocyba, to może podczas lektury RBMK-1000 poczuć się trochę jak w grze komputerowej – podróż zacznie od nocnej zmiany w elektrowni, przetrwa kolejne etapy katastrofy, jak i sam wybuch, akcję ratowniczą i ewakuację Prypeci, a na koniec wróci do reaktora i zaznajomi się z czarnobylitem.

Od strony muzycznej niemal od samego początku Torture of Hypocrisy kojarzy mi się ze wspomnianym rodzimym weteranem industrialnego death metalu, czyli Thy Disease (a szczerze mówiąc, to takie skojarzenie nasunęło mi się już po samym obejrzeniu okładki). Grupa faktycznie trzyma się intensywnych i ciężkich gitar oraz brutalnych wokali, ale brzmienie instrumentów jest tak wyczyszczone, że wydaje się aż przesadzone, choć jednocześnie w bardziej intensywnych momentach riffy tracą czytelność. Tymczasem wydaje mi się, że ten przeprodukowany dźwięk to nie przypadek, bo doskonale łączy się z różnymi elektronicznymi i ambientowymi elementami, które w zasadzie cały czas towarzyszą nam gdzieś w tle. Autentyczności wszystkiemu dodają prawdziwe nagrania – a to z dyspozytorni straży pożarnej (zmiksowane z ambientowym tłem i podane jako niespełna minutowy przerywnik Dispatch Call), a to wypowiedź inżyniera Alexandra Yuvchenki, zarejestrowana na potrzeby filmu dokumentalnego kręconego przez Discovery.

Nie znajdziecie tu metalowych hitów, nie wiadomo jak świdrujących solówek, wpadających w ucho refrenów czy koncertowych pewniaków, ale interesujących momentów na płycie nie brakuje. Zdaje się, że Torture of Hypocrisy byli skupieni na oddaniu na swoim albumie atmosfery, jaka panowała w Czarbobylu i muszę przyznać, że udało im się spowodować u mnie gęsią skórkę. Im częściej słucham, tym pod większym jestem wrażeniem. Niezwykle ciekawe wydawnictwo.

9/10

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , .