Tragacanth – “Anthology of the East” (2016)

Wierzenia Babilonu i ogólnie starożytnego Wschodu są wdzięcznym tematem do zastosowania w muzyce metalowej. W swojej twórczości wykorzystują je na przykład Holendrzy z Tragacanth, których debiut właśnie gra mi w słuchawkach. Zespół powstał w 2014 i już rok później wydał album Anthology of the East, który ukazał się w grudniu 2015 w formie elektronicznej. Od marca tego roku za sprawą Loud Rage Music do nabycia dostępne jest fizyczne wydanie płyty. Znajdziemy tu  8 kompozycji, trwających łącznie niecałe 45 minut.

Składając do kupy tytuł albumu, tematykę tekstów, logo zespołu mogłem oczekiwać dźwięków przesiąkniętych wpływami Bliskiego Wschodu. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Wita nas instrumentalny, klimatyczny Rebirth, ale trudno się w nim doszukać jakichś orientalnych wpływów. Następujący po nim The First Noble Truth jest może dobrym utworem na otwarcie, ale również pozbawionym szczególnych naleciałości wschodnich. Jest to kawałek dynamiczny i z klimatem, przebojowy, symfoniczny black/death metal. W trzecim Birth Of A Goddess pojawiają się w końcu tak oczekiwane przeze mnie elementy bliskowschodnie, nadając kompozycji szczególnego wydźwięku. Wraz z tym numerem na płycie robi się coraz ciekawiej. Kutayuddha przenosi nas w środek starożytnej bitwy wraz z jej okrucieństwem i szaleństwem. Z każdym kolejnym utworem muzyka Holendrów epatuje coraz bardziej postępującym mrokiem. Ostre, szybkie tempa przeplatają się z akustycznymi zwolnieniami i epickimi solówkami.   Obok piekielnych screamów pojawiają się demoniczne growle i pomruki. Wszystko to bardzo ładnie się zazębia. Panowie nie szafują bliskowschodnimi pierwiastkami, a symfoniczne partie ustawiają raczej na drugim planie, dzięki czemu ich muzyka nie traci na dzikości i sile przekazu. Do tego kotła dorzucają jeszcze szczyptę technicznego grania. W ostateczności jest na tyle efektownie, że niepostrzeżenie docieramy do zamykającego płytę, trwającego prawie 9 minut, monumentalnego Edimmu.

Trochę sobie po tej płycie obiecywałem i nie zawiodłem się. Na pierwszy rzut uszu Holendrzy nie grają nic odkrywczego, a jednak ich dźwięki intrygują i przyciągają uwagę. Wszystkie elementy zdają się właściwie wyważone i podane z umiarem. Muzyka, teksty, atmosfera bardzo fajnie się ze sobą zgrywają i zwyczajnie chce się tej płyty słuchać.

Na koniec taka ciekawostka. Tragacanth to po prostu…naturalna guma, którą uzyskuje się poprzez nacinanie gałęzi i pnia pewnego drzewa rosnącego w Zachodniej Azji. Wykorzystuje się ją do produkcji zawiesin, emulsji, maści.

Ocena 7,5/10

Łukasz

Łukasz

Ku "rozpaczy" szanownej Małżonki uzależniony od kolekcjonowania CD. Natchniony płytą pewnego polskiego zespołu oraz kryzysem wieku średniego rozpocząłem przygodę z recenzowaniem . I tak z czasem trafiłem do Kvlt. Wszelka konstruktywna krytyka mile widziana.
Łukasz

Latest posts by Łukasz (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , .