Traveler – “Traveler” (2019)

Ile jeszcze rewelacyjnych, klasycznych, heavy metalowych albumów z lat 80. XX wieku pozostanie nieodkrytych? Trzymam w łapach kolejne wykopalisko…a nie, czekaj. To płyta młodego zespołu, która ukazała się jakiś miesiąc temu. Jak to możliwe? Czyżby wehikuł czasu jednak istniał i był na wyposażeniu Kanadyjczyków?

Zawsze gdy mam do czynienia z taką muzyką, jestem pełen podziwu dla jej twórców. Niepojęte jakim cudem ludzie, którzy urodzili się w czasach, kiedy klasyczny, rasowy heavy metal dławił się własnym ogonem, potrafią tak wspaniale oddać jego ducha i niepowtarzalny klimat starej, trzeszczącej kasety. Owszem, można grać na różnym poziomie – lepiej lub gorzej warsztatowo, ale żeby być w tym tak autentycznym i rozkochanym, to już pozostaje poza sferą pojmowania. Ci chłopcy chyba muszą się już rodzić z długimi włosami, odziani w katany z miliardem naszywek, podarte jeansy, białe adidasy i z płynnym metalem w żyłach. Nie inaczej jest z naszymi bohaterami. Osiem utworów przekładających się na niecałe czterdzieści minut grania, to prosta, nieskomplikowana, ale przy tym niezwykle szczera, szlachetna w swej prostocie i surowości dawka wszystkiego, czym żył każdy metalowiec w okolicach 1984 roku. Proste, nienachlane, zapadające w ucho melodie, zwarte riffy, które słyszeliśmy nieskończoną ilość razy, niebanalna ilość solówek, galopady, zmiany tempa, surowizna brzmienia, i to nieuchwytne „coś”, co czasem określamy słowem „epic”.

Traveler zapatrzony jest w cały legion starych bandów, którym składa należny szacunek, jednak bez ślepej czołobitności. Czasem zaczerpną coś z potęgi Brocas Helm, rytmicznie stoją w rozkroku między Riot a Judas Priest, melodyjnie raczej nie wychodzą poza kontynent amerykański (a jeśli już, to co najwyżej do Szwecji), brzmieniowo są bardzo blisko Iron Maiden z lat 1983-1984. Wokal jest sprężysty i zadziorny – do tego stopnia, że przy takim Speed Queen, zazdrość mogłaby podnieść z trumny nieodżałowanego J.D. Kimballa.

Dalsze rozwodzenie się na temat wpływów i inspiracji traci sens. To jest po prostu surowy, amerykański heavy, który albo przyjmuje się z dobrodziejstwem inwentarza, albo wcale. Najważniejsze, czyli klimat, power, brud i masa pomysłów wywodzących się w prostej linii z klasyki obecne są w ilościach mocno stężonych. I o to w tym wszystkim chodzi.

 

Ocena: 9/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , .