Twilight Fauna – “Where Birds Call My Name” (2018)

Albo kiedy płytę podpisali jako ambient i black metal, odpalasz, a tu poczciwe country i bluegrass. Życie nie przestaje zaskakiwać, a w świecie muzyki nawet najdziwniejsze połączenia zdają się mieć swoich amatorów. Projekt Twilight Fauna i ich Where Birds Call My Name to w rzeczy samej niecodzienny materiał.

Przy pierwszym podejściu ten album wywołuje uśmiech na twarzy. Pojawia się pytanie, czy to aby na pewno dobra płyta? Gdy słyszy się przaśne dźwięki banjo i skrzypek, jakże odległych od black metalowego wszechświata, to można mieć pewne obawy, co do rozwoju sytuacji. Po tak niecodziennym intro, w kolejnym utworze faktycznie znajdujemy jakieś skromne wpływy czarnego metalu, które urzeczywistniają się w postaci surowych riffów i gardłowych krzyków. Te z kolei nie trwają długo, by ustąpić miejsca ambientowym przestrzeniom, instrumentalnym krajobrazom, których piękno poprzecinane jest plugawym blackiem. Ciekawie te dwa bieguny współgrają ze sobą w kolejnym kawałku – November’s Cold to najbardziej interesujący punkt tego albumu. Prawie dziewięciominutowa kompozycja podzielona jest na dwie części. Pierwsza to bajeczne połączenie ambientu z delikatnym kobiecym wokalem, druga zaś stanowi uderzenie połączonych sił depresyjnego black metalu i doomowego tempa. I to by było na tyle, jeśli chodzi o pozytywne strony tego albumu.

Następnie pojawia się przerywnik w postaci kolejnego plumkania w stylu amerykańskiego bluegrassu. Zupełnie niezrozumiałe rozwiązanie. Nijak nie pasuje to do reszty materiału, który Twilight Fauna zgromadził na tym krążku. Kolejna kompozycja to próba nawiązania do wspomnianego November’s Cold, w której znów ścierają się ze sobą ambient i black metal, tym razem jednak poszczególne motywy są chaotycznie poskładane, bez pomysłu na przejścia pomiędzy nimi. Nieco lepiej wygląda przedostatni utwór na płycie. W Reflections ambientowe wątki skłaniają się w stronę post-rocka, a delikatna gitara i przemyślana kompozycja tego numeru zdają się nieco ratować wizerunek Twilight Fauna. Niestety na koniec powracają koszmary. Żeby domknąć klamrę kompozycyjną, muzycy znów sięgają po bluegrass…

Przykrym jest fakt, że informacje, które można znaleźć na temat tego projektu sugerują, że jest porusza się on wśród klimatów black metalu. Tego jest tu jak na lekarstwo. Ku memu zaskoczeniu, najlepsze punkty krążka Where Birds Call My Name to te, które ocierają się o ambient i post-rock. Nadal nie rozumiem pomysłu nie tylko wstawiania elementów contry czy bluegrassu, ale wręcz napisania trzech z siedmiu utworów w całości w tej stylistyce. Szkoda zmarnowanego potencjału.

Ocena: 4/10

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Latest posts by Vladymir (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .