Urfaust – “Empty Space Meditation” (2016)

Urfaust nie jest projektem całkowicie mi obcym. Tyle że poprzednie dwie płyty, jakkolwiek prawilne i solidne, nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnie piorunującego wrażenia. Aż tu nagle z czeluści niemieckiego przemysłu fonograficznego wychynęła Empty Space Meditation. Dzięki łaskawości wytwórni rzuciłem uchem na randomowy kawałek z tego albumu i… jakby potrącił mnie pędzący z prędkością dźwięku siedemdziesięciotonowy czołg typu Tygrys! Powiedziałem sobie wtedy, że muszę, po prostu muszę coś o tym krążku napisać.

Utwór numer jeden (jego tytułu nie warto przytaczać, gdyż wszystkie kawałki na albumie nazywają się tak samo) to takie pięciominutowe intro, które poza wprowadzeniem słuchacza w odpowiedni ciemno-ciężki nastrój, nie powoduje żadnych dodatkowych skutków na duszy i ciele słuchacza. No, niektórych może nieco wyprowadzić z równowagi. Bretnala w pień mózgu wbija dopiero kawałek numer dwa. To utwór absolutnie genialny i posiadający moc tak przeogromną, że powaliłby olifanta, Smauga i wszystkie Nazgule naraz. Kawałek trwa prawie dziesięć minut i jest oparty na klawiszowej, spokojnie nostalgicznej platformie. Za to reszta muzyków przez cały utwór zapodaje coś na kształt Hvis Lyset Tar Oss Burzum, ale dwa razy szybciej. Znajdziecie tu opętańczy, ledwie rozumiany growl, przechodzący od czasu do czasu w coś w rodzaju czystego wokalu a’la Vortex z czasów Aspera Hiems Symfonia. Podczas tych zaśpiewów spowalnia także i perkusja z gitarą, żeby zaraz powrócić do powalających opętańczych odgłosów z samego jądra piekła. Kolejne utwory nie są już tak mocarne. Są bardziej typowe dla zespołu, tempem przypominające walec niż czołg z napędem odrzutowym. No i ta Vortexowa maniera wokalna, która z czasem zaczyna wręcz irytować. Meditatum IV powraca wydźwiękiem do intra, by po minucie ustabilizować się na Urfaustowym poziomie. Aha, klawisze kosmiczne! Piątka to taki blackmetalowy Fields of the Nephilim – ciekawa odskocznia w nieco inne klimaty. Mechaniczna perkusja, znacznie wyraźniejsze gitary i czysty niski wokal. Album zamyka twór, który dla odmiany przenosi nas w klimaty orientu. Bardzo udane klimaty. Specyficzna barwa gitar znana mi z Enki Melechesha, tantryczne tempo i schowany nieco z tyłu wokal. Świetna kropka nad „i” tego długograja.

A w ujęciu globalnym? Gdyby nie kilka średniego poziomu wypełniaczy, byłby to album absolutny. Ale i tak warto go mieć dla tych trzech kawałków, których ja będę słuchał do dnia Sądu Ostatecznego.

Ocena: 8,0/10,0.

Tagi: , , , , , .