Useless – “Fall Into Extinction” (2019)

To jeden z tych zespołów, na który staram się mieć pilne baczenie od początku działalności. Pamiętam, że wydany przed trzema laty debiut mocno mną wstrząsnął, druga płyta również zrobiła swoje, pora na trzecią, pełną odsłonę. Optyka na Useless ustawiła mi się tak, że to industrialny zespół, który gra black metal. Ich muzyka nijak nie wpisywała się w szeroki nurt czarnej muzy, dryfowała gdzieś obok, zahaczając o cały szereg różnych innych wpływów, jednocześnie niosąc ze sobą tony negatywnych rzeczy, jakie tylko w black metalu można spotkać. Wspomnę tylko, że trzon Useless tworzą ludzie stojący za takimi zespołami pieśni i tańca, jak Whalesong czy Lifeless Gaze. W ostatnim czasie do składu dołączył tajemniczy wokalista H., oraz Neithan, który siłą rzeczy stał się spoiwem wszystkich wymienionych grup.

Niektórzy mówią, że Useless to odskocznia dla chłopaków, którzy na co dzień parają się muzyką dobrą do otwierania naczyń krwionośnych. Żeby nie zatracić się całkiem w depresyjnych zgrzytach o sile tarana, postanowili pograć sobie black metal. Jestem w stanie zrozumieć takie rozumowanie, ale jeśli skonfrontować ze sobą tegoroczne nagrania wszystkich projektów, za którymi stoją N., M., i Z., wówczas traci ono sens. W najnowszej odsłonie Useless nie znajdziecie siary, melodii, tremolowych riffów ani niczego, co jest charakterystyczne dla blacku z rodzimego podwórka. Ani z żadnego innego. A jednak to wciąż black, i to groźniejszy niż niejedna horda w kapturach lub z corpsepaintem na twarzach. Nie uświadczycie tu zbyt wielu szybkich temp, znacznie więcej w tym doom metalu podlanego sludge’owym olejem i zatopionego w gęstej smole. Trzeba się nastawić na transowy pochód czarnego buldożera, który z każdym krokiem zmiażdży wszystko, co spotka na swojej drodze i będzie rozdawał ciosy według blackowej szkoły. Wystarczy zatopić się w Descend Into Oblivion, który kroczy niczym industrialny potwór, jest podbity pulsującym, maksymalnie dociążonym basem, a otaczające go riffy wiercą w czaszce bez znieczulenia. To tylko jeden z przykładów, bo niemal cała płyta jest zbudowana na podobnym patencie, co nie znaczy, że będzie monotonnie. Nie ma mowy choćby o chwili nudy, ale uczciwie należy powiedzieć, że wrażenia odbiorcy będą uzależnione od nastawienia. Jedni zabijają szybko, inni szybko i boleśnie, jeszcze inni bardzo powoli, stosując dwie, góra trzy metody krok po kroku prowadzące do unicestwienia. Useless należy do tych ostatnich i jest bardzo konsekwentny. I co ciekawe – na nic się nie sili, nic nie planuje, wszystko wychodzi naturalnie. Nie jest to muza, która czarowałaby ilością riffów, przejść czy skomplikowanych struktur, tu się liczy prosty, ale śmiertelnie skuteczny strzał. Wystarczy wziąć na warsztat basowy riff Sonic Violence, dodać trochę blastów na norweską modłę, popchnąć do przodu na sposób środkowego Godflesh i obudować wiercącymi, czarnymi riffami. Wydaje się proste, gdy się o tym mówi, ale jakoś nikt inny tego nie próbuje, a przynajmniej nie z taką skutecznością.

Tak, to jest industrialny zespół, który gra black metal. Jak na dłoni widać doświadczenia chłopaków w ekstremalnie depresyjnej i ciężkiej odsłonie gitarowej rzeźby. Jeśli na dwóch poprzednich albumach bliżej im było do klasycznego blacku, tak tutaj jest wyraźny krok do przodu. Panowie nawet nie próbują udawać kogoś, kim nie są, zechcieli grać black i idą jak po swoje.

Ocena: 9/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .