Vader – “The Empire” (2016)

Przez ostatni miesiąc przesłuchałem Empire przynajmniej 20 razy, a nadal jestem w kropce. Jako fanowi Vadera ciężko mi przychodzi pisanie tego, co myślę o jedenastym autorskim albumie Petera i jego kompanii. Z początku byłem zauroczony niektórymi fragmentami. Podobała mi się brutalność utworu Tempest. Intrygowała nieoczywistość rozwiązań The Army-Geddon (z fantastyczną grą Jamesa Stewarta). Zainteresował klasyczny Iron Reign, z riffem brzmiącym, jakby wyszedł spod palców Piotra Luczyka. Ale to za mało… Po iluś kolejnych przesłuchaniach złapałem się na tym, że na siłę doszukuję się plusów, by móc napisać, że Imperium to dobry album. Że przecież jest rasowy, tak dobrze wyprodukowany… Ale niczym gombrowiczowski bohater muszę rzec , że “się wcale nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?

Vader przyzwyczaił nas do wyższego poziomu. Nie będę nawet porównywał Empire do klasycznych pozycji z lat 90, bo mamy rok 2016 i popadałbym w sentymenty. Sęk w tym, że nawet na niedawnych Tibi Et Igni i Welcome to the Morbid Reich znajdowały się o niebo lepsze utwory (Hexenkessel, Triumph of Death, The End, The Eye of the Abyss, Come And See My Sacrifice, I Am Who Feasts Upon Your Soul). Tak świeżych, wyrazistych i witalnych kompozycji na nowym albumie jednak nie znajdziemy. Dominują bowiem tzw. wypełniacze- pozbawione mocy Prayer to the God of War i Parabellum (choć winszuję Judasowego klimatu w tym drugim); najsłabszy na płycie Feel My Pain; Genocidus, którego nie broni nawet klimat rodem z Black to the Blind, bo mógłby być tam co najwyżej bonus trackiem, czy No Gravity, który nabiera rumieńców dopiero za sprawą końcówki.

Zastanawiam się, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Może nie da się tworzyć dobrych płyt między jedną trasą a drugą, tylko dlatego, że nadszedł czas nagrywania? Peter chwali taki system pracy, mówiąc, że się sprawdza. Ok, przyznaję, że czasem przynosi to rezultat, ale wspomnianymi dwoma poprzednimi wydawnictwami zespół chyba wyczerpał limit szczęścia. Być może było tak, że w przypadku Empire zabrakło naszpikowanych żarem, wielowymiarowych, skuteczniej walących po mordzie numerów, ale terminy goniły , więc i tak trzeba było wypuścić ten materiał? Nie zrozumcie mnie źle, ja nie oczekuję od lidera Vadera, aby dokonał stylistycznej rewolucji po 30 latach budowania marki swojego zespołu, ale jako fan chciałbym, aby wyszedł ze swojej strefy komfortu i zaskoczył sam siebie. Mam w pamięci słowa Tomka Budzyńskiego, który stwierdził kiedyś, że właśnie człowiek zaskoczony, jest zdolny do tworzenia genialnych rzeczy. I tejże genialności życzę Vaderowi, bo na tą chwilę jest solidnie i na poziomie, ale bez uniesień.

Ocena: 6/10

Tagi: , , , , , , , , , .