Valborg – “Zentrum” (2019)

Czas zasuwa jak wściekły. Chciałoby się powiedzieć, że jeszcze wczoraj człowiek cieszył się premierą trzeciej czy czwartej płyty Valborg, a tu już ósmy, pełny album zapukał do drzwi. Przyznam szczerze, że początki niemieckiego tria nie robiły na mnie jakiegoś potężnego wrażenia, ale zapadały w pamięć przez nieoczywiste łączenie różnych składowych w przystępne formy. Taki metal bez przymiotnika, za to pięknie wpisujący się w cały, szeroki krąg ciężkiego grania.

Ciekawy fakt – jedną z pierwszych rzeczy, jakich można dowiedzieć się o zespole za sprawą internetowego research’u to, że sam Tom G. Fisher uznał go za niezwykły. Najnowsza płyta Niemców udowadnia, że to nie przypadek – nawiązań do ostatnich dokonań Celtic Frost i Triptykon nie zabraknie, co nie oznacza, że Valborg próbuje okopać się w jakiejś konkretnej niszy. Otwierający album Rote Augen atakuje szybkim, maszynowym tempem, pod którym przemyca ciekawe, gitarowe struktury. To jeszcze nie ocierające się o progres pasaże, ale już nie riffy, a ich rozmieszczenie lekko nawiązuje do ostatniej płyty Gojira. Skondensowanie tych zabiegów następuje w Alphakomet, chyba najbardziej mocarnym fragmencie płyty, gdzie na pierwszy plan wyłania się gitarowy industrial spod znaku Treponem Pal, przefiltrowany przez różnej maści szumy i ozdobiony zagrywkami, których nie powstydziłby się The Ruins Of Beverast. A całość i tak brzmi jak ukłon w stronę Monotheist. Rozluźnienie następuje w Anomalie, gdzie oparty na basowym rytmie, doom metalowo-industrialny motyw zamienia się w pachnącego gotykiem potwora. Takie utwory jak Nathod czy Nonnenstern to już pulsujące walenie po łbie pneumatycznym młotem, a odhumanizowane melodeklamacje wokalisty brzmią jakby Rammstein wziął na warsztat jakiś numer Sonic Violence. Rytmiczny szał i nowoczesne, niemal black metalowe riffowanie wraca pod koniec płyty. W tych fragmentach Panowie oddają się już niemal kosmicznej improwizacji, udowadniając, że doom metal może brzmieć jak zagłada nuklearna.

Takie płyty jak Zentrum siłą rzeczy wywołują podziw. Nawet jeśli komuś po prostu nie przypadnie do gustu, to nie sposób nie docenić niezwykłego talentu do całkowitego unikania łatek. Valborg zaczyna wyrastać na metalowego Quentina Tarantino – Panowie nie chodzili do szkoły muzycznej, tylko słuchali muzyki. Bardzo różnej. Każda nuta jest komuś skradziona, ale sztuką jest poskładać złodziejski łup w całość, która sama w sobie stanie się nową jakością. Nieoczywistą, nienazwaną, a przy tym całkiem przystępną, zapamiętywalną, z własnym, wyraźnym charakterem. Ta płyta to nic innego jak lekarstwo na coraz częstszą przypadłość wpadania w sentymentalizm spod znaku „kiedyś to było”. Po zażyciu aż chce się wstać i krzyknąć, że „teraz to jest!”

Ocena: 9/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , , .