Vanik – “II Dark Season” (2018)

Białe adidasy, podarte jeansy, kurtki z ćwiekami, katany i stary, klasyczny, obskurny heavy metal. To właśnie Vanik, młody zespół z Cleveland. Młody, co nie znaczy, że prowadzony przez nieopierzonych gówniarzy, bo wszyscy z tej wesołej czwórki zdążyli przewinąć się przez parę mniej lub bardziej podziemnych kapel. Vanik ze swoim drugim albumem też wydaje się schodzić pod powierzchnię, bo wydana przez Shadow Kingdom Records wersja CD jest limitowana do 1000 sztuk, a kaseta (Rapid Fire Records) zaledwie do 166.

Target grupy jest dość ściśle określony – Vanik raczej nie trafi do szerszego grona, a jeśli nawet, to nic się z tego powodu nie zmieni. Chłopaki są maniakami starej szkoły, grają dla wąskiej grupy sobie podobnych i nic innego ich nie interesuje. Brudne, przytłumione brzmienie, rzężące gitary, czasem dość ostra jazda, czasem galop, częściej średnie tempa. W szybszych i cięższych kawałkach czuć punkowe wibracje spod znaku Misfits (Thorazine), które mieszają się z klasycznymi riffami przywołującymi na myśl takie rzeczy, jak pierwszy Anthrax czy nieco przykurzone kapele, takie jak Sentinel Beast czy Hallows Eve. Stary speed czy thrash to jedno, słychać też bardzo wyraźnie, że chłopaki mocno hołdują całej masie kapel spod znaku NWOBHM. Nawet na wpół głuchy słuchacz bez problemu wychwyci wyraźne inspiracje wczesnym Iron Maiden, Angel Witch czy Tank, zwłaszcza w nieco bardziej rozbujanych fragmentach. Motoryczny, zdecydowanie najlepszy na płycie We Like To Be Frightened brzmi jakby był żywcem wyjęty z którejś ze starych płyt Motorhead. Nawet wokalista dobrze odnajduje się w tym kawałku, a to niestety jeden z najsłabszych elementów tej płyty. Facet idzie w niski wrzask i brzmi jak skrzyżowanie wściekłego Lemmy’ego z pijanym Algy Wardem. Tyle szczęścia, że nie wyje.

Tej płyty jako tako się słucha…do połowy. Pierwsze trzy kawałki (nie licząc intra) całkiem spoko, problem zaczyna się przy wolnym, na maxa rozwleczonym, zagranym totalnie bez pomysłu Beyond The Closet Door. Jakąś nadzieję na lepsze granie przynosi jeszcze rozpędzony, totalnie zasyfiony brudem Werewolf, ale im dalej, tym większa męka. Średnie tempa, kwadratowe, ograne już milion razy riffy, wymuszone solówki – to wszystko co nas czeka do końca. Oczywiście nikt normalny nie oczekuje od tego typu muzyki wielkiej oryginalności, ale przydałby się jakiś minimalny pierwiastek świeżości, jakaś iskierka, która przypomniałaby, że nie obcujemy z sesyjnymi odrzutami zapomnianego bandu z 1986 roku. W końcowych Tear You To Pieces czy Witch Rites zespół jest już całkowicie pogubiony i chyba sam nie wie, co chce grać. Wielka szkoda, bo pierwsze dwa, nawet trzy numery zapowiadały całkiem fajną płytę, ale efekt końcowy jest jak samo Cleveland, o którym kiedyś napisano, że jest najbardziej przygnębiającym miastem w USA.
Trzeba dodać, że album był nagrywany na setkę, w dwóch podejściach. Jeśli w takiej kolejności jak układ kawałków na płycie, to nasuwa się wniosek, że druga połowa albumu nie została po prostu skomponowana – Panowie wleźli do studia i grali co im palce pod struny przyniosły. A tak się heavy metalu nie robi, nawet od świrów dla świrów.

Ocena: 4/10

 

Rafał Chmura

Rafał Chmura

Im dłuższa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , .