Vindorn – “Perdition” (2017)

Pół godziny to mało jak na pełnoprawny longplay. Prywatnie stoję na stanowisku, że tak jak każdy szanujący się Polak katolik, także i muzyk powinien trochę popracować, żeby dostać swoje wynagrodzenie. A w przypadku albumu powinien nagrać materiału na minimum trzy kwadranse. Tak więc do premierowego albumu rodzimego projektu Vindorn podszedłem z definicji sceptycznie.

Perdition trwa nieco ponad pół godziny i zawiera 7 niezbyt długich kompozycji utrzymanych w raczej jednolitych i szybkich (poza Eros Hemlighet i Panie Diable) tempach. Całość zgrabnie wydała niemiecka wytwórnia Sol Records, co nie dziwi mając na uwadze miejsce zamieszkania Norra – duszy i ciała projektu Vindorn.

Na początku muszę przyznać, że patrząc na album całościowo, to jestem pod wrażeniem. Norr nagrał niezłe partie gitar, dobrą linię perkusyjną, przyzwoity bas i dobre partie wokalne. A Sol Records zebrała to do kupy w całkiem zgrabną całość nadając płycie nieco podziemnego, ale czytelnego i zrozumiałego klimatu. Muzyka jest lekko przytłumiona, ale nie odnosi się wrażenia, że nagrana została w miejskim szalecie na poziomie -5 jakiegoś wielopoziomowego parkingu. Linie perkusyjne pełne są blastów, ale od czasu do czasu łapią średnio szybki rytm i jednostajnie podążają w kierunku końca utworu. Tak jakby Norrowi brakowało weny. Albo chciał odpocząć od blastowej nawałnicy. Partie gitar łagodzą nieco charakter utworów, ale tylko na tyle, żeby przekaz muzyczny stał się czytelny i żeby zaciekawił odbiorcę. Najlepszym przykładem takich dźwiękowych rozgrywek jest otwierający album numer Masquerade. Na wierzchu każdej konstrukcji stanowiącej ewidentne tło jest wokal. Jakby to powiedział Nosacz Janusz: taki nie za wolny i nie za szybki. A z pewnością niski i ciężki. Zmiany pojawiają się dopiero w kawałku Panie Diable, gdzie po pierwsze tekst nagrany jest po polsku, a po drugie kawałek jest zdecydowanie wolniejszy, czystszy i bardziej heavymetalowy. Po kolejnym szybkim numerze, pod nazwą Eros Hemlighet znów następuje chwila oddechu. W innym, bardziej mrocznym niż w Panie Diable klimacie, ale także dającym chwilę wytchnienia od ciężkiej zasadniczej części albumu. Płytę kończą dwa mocne uderzenia, z których ten drugi z uwagi na długi fragment wypełniony jednolitą perkusją i monotonną linią melodyczną podoba mi się najmniej z całej płyty.

Perdition to muzyka tła. Niezłego, ale jednak tła. Pół godziny jednolitych riffów, z których ani przez chwilę nie wyziera prawdziwe zło i wściekłość to nie jest to, czego wymagam od muzyki. Album jest przez to nijaki i w tym jednym przypadku te pół godziny, o których wspomniałem na początku są raczej atutem. Trzech kwadransów albo godziny takiego grania bym po postu nie wytrzymał.

Ocena 5,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , .