Vlad In Tears – “Dead Stories Of Forsaken Lovers” (2020)

Nie oceniaj książki po okładce. Płyty zresztą też. Całkiem zgrabna, turpistyczna grafika na froncie jakoś skojarzyła mi się z grindowym, choć niepozbawionym poczucia humoru projektem. A Vlad In Tears to pop rockowe granie, czasem przyprawione odrobiną nowofalowej, zimnej estetyki, albo z nieco mocniejszym, hard rockowym czy może raczej gothic metalowym riffem. Teksty kapeli łączą natomiast w sobie romantykę z poczuciem nadchodzącego końca. Ostatecznie zatem niby wszystko się zgadza – muzyka, liryka, oprawa graficzna, a nawet wygląd muzyków dopasowują się jak prosta układanka.

Zespół ma zatem na siebie jakiś pomysł, który konsekwentnie realizuje. Za to plus. I zapewne ku uciesze słuchaczy, bo Vlad In Tears działa od 2006, a Dead Stories Of Forsaken Lovers to już ich ósmy album. Znak, że odbiorcy są. Te dziesięć kawałków nadaje się na playlisty popularnych stacji, nie gorsząc nikogo, ani nie kusząc czymś szczególnym. Może nawet niektóre z nich miałyby szansę stać się hitami. Bo zgrabnie zespół łączy mocniejszy riff z melancholijną, pełną przestrzeni aurą (Dead). Potrafi zaciekawić rytmicznym rockandrollowym riffem (Tonite, Felt No Pain), albo przywołać senną, ale i niepokojącą atmosferę (Sleep Lover Sleep), a także wypaść po prostu hiciarsko (We Die Together). Nieźle to zaaranżowane, z wykorzystaniem różnych patentów, a jednak pozbawione pierwiastka wyjątkowości, i jakby jednak wykalkulowane.

Problem z Dead Stories Of Forsaken Lovers mam przede wszystkim taki – oprócz braku polotu – że choć każdy z tych numerów w pewnej stylistyce się broni, to jako całość płyta nie ma sobie do zaoferowania tyle, bym do niej wracał. Mam wrażenie, że muzyka rockowa, tracąc swój brudny, buntowniczy charakter, stała się własnym zaprzeczeniem. I trochę tak jest z Zalanym Łzami Vladem. Zbyt wiele w tych piosenkach popowych, koniunkturalnych ukłonów, przykrytych tylko gitarową mocą i dla pozoru osnutych mroczną aurą. Ot, takie markowanie szczerego, rockowego grania. I nie zmienią tego srogie miny muzyków na zdjęciach, tatuaże i kolczyki.

Kto lubi gitarowe piosenki, podane z odrobiną mistyki oraz mocy, przebojowe z założenia, ten sprawdzić może, a nuż mu się spodoba. Dead Stories Of Forsaken Lovers to przy pewnych założeniach udany produkt. Ale jednak produkt. Dodatkowo płyta zawiera akustyczne numery dodane jako bonusy. Niestety, jeśli w podstawowym materiale rażą nieco łzawe momenty bliskie rock gotyckim pościelówkom, to w wersji unplugged wzmaga się ich natężenie. Najciekawiej wypada tu cover Alice In Chains. Może nie każdego taka wersja Man In The Box zainteresuje, ale przynajmniej świadczy ona o wykonawczej odwadze i własnym pomyśle Vlada.

ocena: 5/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Tagi: , , , , , , , , , , , , .