Void Moon – “Deathwatch” (2016)

Siedzę nad pustą kartką, i słuchając po raz n-ty Deathwatch, zastanawiam się, jak rozpocząć recenzję drugiej płyty istniejącego od 2009 roku szwedzkiego Void Moon, która ukazała się na rynku pod koniec marca tego roku nakładem Sun & Moon Records. A ponieważ nic sensownego nie przychodzi mi do głowy, to zamiast lać wodę, przejdę od razu do prezentacji muzyki zawartej na tym wydawnictwie.

Na Deathwatch składa się 9 utworów, trwających łącznie 48 minut. Album otwiera najdłuższy, trwający ponad 10 minut Rivers of the moon. Jest to także najbardziej rozbudowana kompozycja, skupiająca w sobie to wszystko, co usłyszymy na płycie. Składają się na nią m.in. spokojne fragmenty, które przechodzą w bardziej dynamiczne partie, smutne solówki, niekiedy zagrane przy akompaniamencie gitar akustycznych, które również mają swoje samodzielne momenty. Wyważenie z wyczuciem wszystkich składowych sprawia, że prawie 11 minut mija niepostrzeżenie. Where the Sleeper Lies Awake jest wyraźnie cięższy i agresywniejszy od Rivers…, a obok uczucia żalu pojawia się również złość. Assassin of an Age kontynuuje ożywienie zapoczątkowane w poprzednim utworze i dodaje odrobinę orientu. Więcej w nim heavy niż doom metalu. Klimatu dodają pojawiające się od czasu do czasu ponure wokale. Wraz z Cathedral Parkway powracamy do bardziej dołujących klimatów. Zwalniamy tempo, zagęszczamy atmosferę. Jest zimno i przytłaczająco. W Of Such is the Desert Born ponownie zahaczamy o klimaty orientalne. Ciężkie riffy i powolne tempo przynoszą na myśl trudy przedzierania się przez pustynię. Out of the Well jest najbardziej dynamicznym i najszybszym utworem na płycie. Główny riff kojarzy mi się z wczesnym Iron Maiden. Instrumentalny, odegrany na pianinie Lacus Doloris jest krótkim wstępem do Deathwatch. Tytułowy utwór to powolne, wręcz pogrzebowe tempo i atmosfera raczej fascynacji czy może pogodzenia się ze śmiercią, aniżeli smutku i rozpaczy. Więcej – wydaje mi się, że wyczuwam ulgę związaną z faktem umierania. Album zamyka akustyczny Garden of Sorrow, który podążając za tytułem, jest najsmutniejszym kawałkiem na tym wydawnictwie.

Nie jest to mroczna muzyka, raczej szara i ponura, jak listopadowy dżdżysty dzień. Nie znajdziemy na niej klimatów czarownic, okultyzmu, świec czy kadzideł, tylko pogrążony w głębokim żalu doom metal, nawiązujący do twórczości takich klasyków, takich jak Candlemass, Solitude Aeturnus, Trouble czy Griftegård. Próżno szukać na tym albumie growlów, ale w zamian są poetyckie, mistyczne teksty wyśpiewywane przez przepełniony melancholią męski a równocześnie delikatny wokal Jonasa, którego używa w różnych barwach, niejednokrotnie nałożonych na siebie. Ciekawe, że muzyka na Deathwatch nie jest tak naprawdę skomplikowana, ale właśnie ta prostota przekazu mnie ujęła.

Ocena 8/10

 

 

Łukasz

Łukasz

Ku "rozpaczy" szanownej Małżonki uzależniony od kolekcjonowania CD. Natchniony płytą pewnego polskiego zespołu oraz kryzysem wieku średniego rozpocząłem przygodę z recenzowaniem . I tak z czasem trafiłem do Kvlt. Wszelka konstruktywna krytyka mile widziana.
Łukasz

Latest posts by Łukasz (see all)

Tagi: , , , , , , .