Void Paradigm – „Earth’s Disease” (2015)

Void Paradigm to kooperacja trzech dżentelmenów z francuskiego miasta Rouen. Twór ten powstał w 2012 roku, tak samo jak ich pierwszy album o nazwie po prostu Void Paradigm. Drugi, który jest jednocześnie przedmiotem tej recenzji, wyszedł trzy lata później w znanej francuskiej stajni Apathia Records.

Zespół ten tworzą ciekawe persony, dwóch z nich możecie znać z funeral doom/death metalowego bandu Ataraxie, a Alexis Damien – trzeci z tego tria, współtworzy awangardową kreację o nazwie Pin-Up Went Down. Wiedząc to wszystko, jednocześnie nie znając ich pierwszej płyty, wkroczyłem w ich świat pokręconego black metalu. Znalazłem w nim pięć rozbudowanych kompozycji, zamykających się w trzydziestu ośmiu minutach. Nie za długo, ale niekiedy tak krótkie albumy są bardziej wyraziste i nie zdążą znudzić. A jak było z tym? Czytajcie dalej.

Po pierwszym przesłuchaniu Earth’s Disease pomyślałem, że przeprawa po tym francuskim paradygmacie pustki będzie ciężkim doświadczeniem, gdyż płyta ta prawie zupełnie nie przypadła mi do gustu. Ale od początku. Otwarcie albumu, w postaci numeru Crushing the Human Skull jakoś od czwartej minuty kompletnie przestał mnie interesować. Nie zmieniła tego nawet zaskakująca black’n’rollowa zagrywka, atakująca znienacka po kolejnych 40 sekundach trwania utworu. Jednak wkraczałem dalej, głębiej w te francuskie otchłanie pustki.

Uznałem w końcu, iż kompozycyjnie Earth’s Disease jest mocno eksperymentalny. Dużo się w nim dzieje, jednocześnie wszystko pozostaje dość hipnotyczne poprzez serie rozwiniętych powtórzeń, które są częstym manewrem aranżacyjnym tego albumu, co sugeruje na przykład utwór drugi Revenge. Ok, jest hipnotycznie, jest dużo agresji, tworzy się w tym jakiś schizowy klimat, jednak jakoś brak w tym wszystkim polotu. No i jeszcze jedno, duży minus, który przeszkadzał mi od samego początku – wokal Jonathana Théry. Jego krzyki nie współgrają moim zdaniem z muzyką. Nie będę ukrywał – jestem uprzedzony. Zwykłym darciem ryja jeszcze nikt do końca mi nie zaimponował. Kolejnym minusem Earth’s Disease jest jej skąpa oprawa wizualna, w tym brak wkładki z tekstami kawałków.

Dobra, czas na jakiś plus, a jest nim rozszerzone outro tytułowego numeru Earth’s Disease. To zamknięcie zagrane jest na wiolonczeli i kontrabasie. To jedyny fragment tego krążka, który podoba mi się od początku do końca. Jednakże outro to jest przerażająco oderwane od głównej kompozycji, zupełnie jakby był to inny utwór. Poza tym ta część trwa ponad trzy minuty, więc… może to jednak jest inny twór, doklejony do kompozycji tytułowej? Kto to wie?

Brnąłem w te dźwięki z jednego powodu, by napisać jak najbardziej pochlebną recenzję, gdyż nie lubię niezbyt pozytywnie wyrażać się o czyjejś twórczości. Jednak nie wszystkie muzyczne eksperymenty bywają udane, a na Earth’s Disease czegoś zabrakło. Słychać kunszt, słychać doświadczenie, ale nie słychać geniuszu. Ot, poprawna to, jaj nie urywająca muzyka. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, album ten jest ciężki w odbiorze i trzeba się do niego przekonać. Cóż, może, jednak sam znam kilka takich, pozytywnie lub nie, pokręconych albumów, które są o wiele lepsze i dotarły do mnie w mgnieniu oka.

Ocena: 5,5/10

Void Paradigm na Facebooku.

Tagi: , , , , , , , .