Vomit of Doom – “Obey The Darkness” (2015)

SLEJER, KRUCA…. a nie, to przecież nie Slejer.

Wybaczcie, pomylić się wyjątkowo łatwo. Gdyby Vomit of Doom startował trzydzieści lat temu, miałby szansę zdobyć popularność kapeli Toma & Jerry’ego Kerry’ego. Albo może Sarcofago, biorąc pod uwagę umiejscowienie zespołu. Na nieszczęście chłopaki przespały ostatnie trzy dekady i nie zajarzyły, że chyba ktoś to już zagrał. A może mają to gdzieś i chcą po prostu połomotać? Bo przecież “znane” nie znaczy “siuścossące”.

Obey The Darkness to pierwszy pełniak argentyńskich diabołów. Całkiem już doświadczonych wydawniczo, dodam. Płyta została wydana dzięki wspólnym siłom Satanath Records i Hell Productions. Zawiera toto trzynaście kawałków i ciut ponad pół godziny grania. I, jak łatwo się domyślić, jest szybko-prędko-już do przodu.

Wspomniałem już Slejera? Slejerem śmierdzi tu wszystko, począwszy od pierwszego (intro się nie liczy) Angel of Death Perversecution aż po ostatni Satan’s Vengeance, który… też w sumie można z Angel of Death pomylić. Slejer wyskakuje zza każdego rogu jak ten bum, któremu ostatnio dałeś złotówkę i pamięta, a dodatkowo nie jest sam (Slejer, nie bum). Razem z nim wyskakuje też Sodom i może Sepultura, wszystko w tych najlepszych, wczesnych stadiach. I to za recenzję wystarczy. Macie tu kawałki szybkie, bardzo thrashowe, gdzieniegdzie delikatnie podlane czerniną. A przede wszystkim dzikie, nieokiełznane, brudne i prymitywne. Vomit of Doom wulgarnie i prostacko napierdala w te swoje instrumenty, gwałcąc poczucie estetyki zwyczajnej Grażyny Kowalskiej. Nie ma miejsca na rozbudowane melodie, głębokie teksty, technikę. Wszystko sprowadza się do galopującej chłosty agresją i prędkością. Z rzadka pojawia się różnica (tytułowy Obey The Darkness, który bardziej niż reszta trąci blackiem), koncentrując się na prostej i dobrze znanej formie Slejerowego thrashu (Metal Pussy Attack, Evoked Devastation i w sumie cała reszta).

Nie bierzcie tego za zarzuty, brońcie bogowie. To po prostu fakty. W sumie to chyba każdy z Was już dobrze wie, czy Obey The Darkness polubi czy nie. Dla wytrwałych, którzy jeszcze czytają dodam, że brzmienie płyty to jej ogromna zaleta. Świetnie pasuje do granej muzyki, jest klimatyczne i wulgarne. Bardzo mi przypomina taką starą płytę z pomarańczowym platfusem i dużą ilością mieczy na okładce. Jak ona się nazywała….

W sumie to Obey The Darkness można potraktować jako tribute. Może i nie zawiera coverów, ale różnica jest niewielka. Sami zdecydujcie, czy to jest plus czy minus. Sam nie mam nic przeciwko, a te pół godziny było przyjemne i pewnie kiedyś do Vomit of Slejer Doom wrócę. I na półce, ze względu na śliczny layout, nie szkoda trzymać.

Ocena: 7,5/10

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .