Vorvan – “Once Love Was Lost” (2016)

Lubię kiedy muzyk ma gdzieś szufladki gatunkowe. Takie szufladki to trochę zakładanie sobie kajdanek przed pojedynkiem na ringu. Bardzo rzadko udaje się zrobić coś imponującego pomimo nich. Lepiej takie ramy po prostu olać i tworzyć jak w duszy gra. Wtedy jest ciekawiej. I wtedy powstaje taki Vorvan.

Ten rosyjski kwartet trafił do mnie przez WOOAAARGH, które do spółki z Darkened Days Records zajęło się wydaniem ich materiału. Gdyby nie ta pierwsza wytwórnia, prawdopodobnie zupełnie pominąłbym Once Love Was Lost. I dużo bym stracił, bo te dziesięć kawałków to pięćdziesiąt minut ostrej jazdy bez barier i trzymanki.

Vorvan to punk. Ale także hardcore, grindcore, sludge, progresja, chaotyczność, groove, południowość, stoner. Przede wszystkim jednak Vorvan to energia, emocje i świetne umiejętności kompozycyjne. Chłopaki poruszają się pomiędzy poszczególnymi odnogami muzyki jak pośród starych kumpli, bez wahania zapożyczając coś od każdego. I robią to tak, że szczęka opada. Płynność przechodzenia z motywu w motyw zasługuje na uznanie i cysternę browaru dla każdego z członków zespołu. Jednocześnie jestem pod wrażeniem tego, jak świetne numery wychodzą z tak różnych składniowych. Każdy kawałek jest tu inny, charakterystyczny, ciekawy i napakowany mocą. Pierwszy Of Menace And Favour to punkowa dusza z hardcore’owymi chórkami i garścią chaotycznych wybiegów. Kolejny Sirens jest już bardziej w stylu chaotic hardcore. To numer szybki, techniczny, potrafi zabujać, jedyną jego ujmą jest tylko wkurzający mnie wokal dodatkowy. Third Case Scenario zaczyna się sludge/crustem przypominającym mi Weekend Nachos, by w końcówce zabrzmieć niczym Children of Bodom. Last To Witness atakuje crustem i grindem a na refrenie uderza w rytmy southernowe. Jest także balladowy Celestine,  bardzo klimatyczny, sludge’owy i kojarzący się z Blindead. Breothean zaskakuje pustynią przewijającą się przez cały czas trwania,  dodając elementy stonera i groove’u, aż do miażdżącej dupsko końcówki. I zmienność ta trwa aż do grand/grind finale w formie The End (Hemicrania). Zaręczam, że osobiście znajdziesz jeszcze kilka odniesień i nawiązań: ta muzyka jest ich po prostu pełna. Zastanawiam się, który z strzałów mogę określić jako ulubiony, ale nie znajduję na to odpowiedzi. Once Love Was Lost po prostu wymiata. Dodajmy do tego świetne brzmienie całej płyty i idealny mix&master. A także umiejętności muzyków. Vorvan jak mało kto zasługują na to miano, tworząc kompozycje przemyślane, dając z siebie wszystko i jednocześnie nie zagłuszając towarzyszy. Szczególnego plusa daję basiście i perkusiście. Zrobili ogromną robotę, a ich partie na Of Menace And Favour albo The End (basowe slide’y!) to poezja po prostu.

To naprawdę kapitalna płyta. Jestem z niej bardzo zadowolony. Vorvan pokazuje, że punk nie umarł i trzyma się świetnie, że ciągle można zrobić w nim coś niecodziennego, bogatego w treść i formę. Pełen szacun i pełna rekomendacja.

Ocena: 9,5/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , , , , .