Wang Wen – “Sweet Home, Go!” (2016)

Jeśli Chiny kojarzą się Wam tylko z ryżem i komunizmem, to pora trochę poszerzyć horyzonty. Bo owszem, istnieje coś takiego, jak chińska scena muzyczna. Ale spokojnie, Wang Wen nie śpiewają w ojczystym języku – jako że siedzą w post-rocku, to nie śpiewają w ogóle. I chociaż oblicza gatunku raczej nie odmieniają, to dla fanów tych klimatów wysłuchanie Sweet Home, Go! absolutnie nie będzie stratą czasu.

Pierwszą rzeczą która rzuca nam się w uszy jest… waltornia. Dokładnie tak. Weźcie sobie post-rockowe granie, na którym widocznie odcisnęły swoje piętno dokonania takich klasyków gatunku jak Godspeed You! Black Emperor, MONO czy Tortoise i dodajcie do tego waltornię jakby wyjętą z naszego Kultu, czy Armii. Tak wygląda chociażby otwierający Netherworld Water, jedna z lepszych kompozycji na krążku.

W dobrym momencie wyszła ta płyta, bo klimat jest tutaj wybitnie jesienny. Wang Wen grają melancholijnie, co dodatkowo podkreśla ich instrumentarium – wspomniana wcześniej waltornia i sporo instrumentów smyczkowych, tworzących piękne muzyczne tła. To nie jest jakaś straszliwa deprecha i dół, ale raczej bardzo dobrze wyważony smutek. Sweet Home, Go! to nie taki album, który urywa głowę potężnymi emocjami czy genialnymi patentami, tylko raczej oczarowuje swoją wrażliwością i subtelnością. Nie do każdego to trafi, ale dać szansę bez wątpienia warto.

Głównym problemem jest natomiast nierówność kompozycji. To właściwie nawet całkiem zabawne: kiedy Wang Wen podążają własna ścieżką, grając swojego „waltorniowego” post-rocka, jak w świetnym, najcięższym i ponurym Red Wall and Black Wall – jest super. Ale w momencie, gdy za bardzo próbują być jak MONO, w takich oszczędnych kompozycjach jak Heart of Ocean czy The Children’s Palace, to ponoszą klęskę. Może nie spektakularną, bo są w tych utworach poruszające momenty, ale całościowo wieje nudą. I mówię to jako człowiek, którego MONO przekonuje, bo post-rockowy minimalizm wcale jednak taki prosty do komponowania nie jest.

Świetny jest też utwór tytułowy, bo chociaż jest oszczędnie, to cymbałki i coś, co zdaje się być fletnią, wprowadzają miłą i odświeżającą egzotykę dla słuchacza skatowanego tymi samymi, europejskimi patentami. No i na koniec odlot w rodzaju Swans, czyli kilkuminutowy Reset, który brzmi jak modlitwa rozśpiewanych mnichów. Nieźle.

Brzmieniowo jest świetnie, chciałoby się żeby wszystkie nasze rodzime post-rocki nagrywały na takim poziomie. Mimo mnogości instrumentów wszystko jest idealnie słyszalne i na swoim miejscu w mixie, a więc pełna profeska.

Wang Wen po części odwołują się do klasyków, ale mają też swoje, całkiem oryginalne spojrzenie i wizję. Na przyszłość byłoby jednak lepiej, gdyby tego pierwszego było mniej, a drugiego więcej. A to chyba całkiem nieźle świadczy o kapeli, prawda ?

  Ocena: 7/10

Tagi: , , , , , , .