Warfist – “Grünberger” (2019)

Są takie ekipy, od których wiem, czego się spodziewać. Warfist jest jedną z nich. Oni nie zawodzą jeśli chodzi o butne i dziarskie granie. Z tego też powodu często do nich wracam i z radością witam nowe pozycje z ich dyskografii. A Grünberger to pozycja nie byle jaka przecież, tylko trzeci pełnoprawny album.

Ukazał się nakładem Godz ov War Productions, a liczby jego to dziesięć i trzydzieści siedem: odpowiednio ilość numerów i minut trwania. Jeżeli na lokalnej scenie uchował się jeszcze ktoś, kto Warfist nie zna (w co nie wierzę, niemniej hipotetycznie tak załóżmy) wypada poinformować, że chłopaki grają wyczerniony thrash metal.

Akurat w wypadku Grünberger wyczerniony dość delikatnie. Wydaje mi się, że nacisk na thrash jest jeszcze mocniejszy niż poprzednio. Przy okazji można uspokoić tych zmieszanych designem okładki i użytą czcionką: dalej jest z jajem, z jadem, po prostu metalowo. Plebiscyt agresywnych riffów nie ustąpił wymuszonej progresji, a prostota przekazu nie odeszła w cień na rzecz awangardowości. Innymi słowy, Warfist nawet nie próbuje wnieść w gatunek nic nowego, tylko bierze najlepsze elementy i z ich pomocą sieje pożogę.

I może nawet bym się przyczepił do tego, że było, że wtórne, że ile można i tym podobnych pierdół, gdyby te granie nie było tak bardzo szczere i niewymuszone. Grünberger jest wypakowany przebojami, których słuchanie jest czystą frajdą. Niezależnie, czy muzycy prześcigają się nawzajem, czy zachęcają słuchaczy do wszelakiej aktywności (nie tylko na żywo, moc wylewa się także z CDka), czy też robią wielki zamęt, bawiłem się kapitalnie. Niejako (a może i całkowicie zamierzenie, któż to wie) przy okazji Warfist przekuwa też ewentualną wadę w dużą zaletę. Używając prostych i oklepanych w swojej niszy riffów, robi z nich natychmiast wcinające się w pamięć piosenki. Wystarczą mi pierwsze nutki i już wiem, że słucham Slay, Swive and Devour, Death by the Cleansing Fire czy tytułowego Grünberger (Drinking with the Devil). Większość tekstów pewnie mógłbym też wyryczeć w razie potrzeby pod sceną, tym bardziej że dużo fragmentów wręcz do tego zachęca.

Słuchanie nowego Warfist to czysta radocha. Nie wiem, czy podpisałbym się pod hasłem promującym trzeci longplay, a sam nacisk na koncepcyjność albumu jest może nieco przesadzony (jasne, to miły smaczek, ale na pewno nie oś, wokół której kręcą się dźwięki), niemniej to i tak bardzo dobry i przyjemny kawał metalu. Godny polecenia każdemu, nie tylko lokalsom.

Warfist na Facebooku

Ocena: 8/10

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , .