Wędrujący Wiatr – “Tam, Gdzie Miesiąc Opłakuje Świt” (2013)

Trafiło mi się nie lada wyzwanie. Wędrujący Wiatr to materiał bardzo ciekawy, a do tego dla mnie osobiście ważny. Pierwszy raz zetknęliśmy się dwa lata temu, jakoś w okolicach premiery. Nie wdając się w personalne i, z punktu widzenia recenzji, nieważne szczegóły, był to okres, w którym bardzo potrzebowałem wyciszenia, co przełożyło się na gatunki słuchanej muzyki. Poznałem wtedy dużo nowego ambientu, drone’u, atmospheric black metalu, depressive black metalu i wiele, wiele więcej. Wędrujący Wiatr wspominam jako drugi najlepszy (po arcymistrzowskim Thy Light) odkryty wtedy projekt metalowy. Gdy pojawiła się możliwość zrecenzowania ich debiutu… nie powiem, miałem wątpliwości. Jednak zdecydowałem się skonfrontować z przeszłością. I co z tego wyszło?

Cóż, wcześniej nie zwracałem uwagi na wiele rzeczy. Człowiek ciągle się rozwija, ewoluuje razem ze swoim muzycznym gustem. Dostrzega się pominięte uprzednio szczegóły i niuanse. Ja dwa lata temu nie dostrzegałem na przykład ogólnie marnej produkcji. Umknęło mi przytłumienie perkusji i gitar, umknął brak basu i zbyt wyeksponowany wokal o niepasującej mi barwie i stylu. Przepuściłem też dużą pretensjonalność tekstów (fani Arkony będą zachwyceni) i te śmieszne fragmenty, w których słyszy się kwiatki pokroju “kalesony wiosło” zamiast słów właściwych (ten przykład wyłapałem w pierwszej części A Nurów Krzyk Wiatr Na Skrzydłach Nocy Niesie…). Nie zwróciłem uwagi na wtórność riffów i ścieżek perkusyjnych.

Teraz, po dwóch latach, wyłapałem wszystkie te wady. I wiecie co? Mam je głęboko w swoim kudłatym dupsku. Bo Tam, Gdzie Miesiąc Opłakuje Świt dalej na mnie działa. Jest równie kojąca i błoga jak ongiś. Melodie nie są wtórne i przytłumione, ale w magiczny sposób uspokajają i wyciszają. Równie magicznie wokal zlewa się z resztą a bębny odpowiednio wszystko akcentują. I właśnie taka ta płyta jest, kipi magią. To zaklęcie pozwalające odpocząć. Czar złożony z atmospheric black metalu i ulotnej, niemożliwej do opisania, a jednak subtelnie wyczuwanej folkowości.

Nie jest sztuką być wspaniałym bez wad. Sztuką jest wspaniałość pomimo nich. Wędrujący Wiatr sztuki tej dokonał. Ich debiut jest jak ukochana osoba. Co z tego, że nos nie pasuje, miewa humory, ma kilka kilo za dużo i jest hipokrytką, wady się nie liczą. Kochasz tą osobę. Jest wspaniała. Wiecie, jak tą płytę przesłuchiwałem? Zgrałem ją na player, ubrałem się ciepło, gęsto nabiłem fajkę, przywołałem kudłacza i siedziałem w ogrodzie, paląc, bawiąc się z piesełem i patrząc w gwiazdy. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak spokojny. Następnej nocy zrobiłem to samo. I gdy będę potrzebował uspokojenia myśli na pewno wrócę do tej płyty. Ona jest po prostu wspaniała.

Nie spodziewałem się, że tekst ten wyjdzie aż tak… emocjonalnie. Miałem nadzieję wrzucić więcej konkretów, porównań i może jakiś średnio śmieszny dowcip. Tak, by pasowało do stylu, jaki znacie z moich poprzednich wypocin. Niemniej ta recenzja praktycznie sama się napisała. Jednym ciągiem, bez myślenia nad nią i przerw, jakby bez mojego udziału. Uznałem, że taką ją zostawię, że nic bardziej szczerego nie wymyślę. I cieszę się, że istnieją płyty potrafiące wywierać na mnie tak silne wrażenie. O to w muzyce chodzi.

Ocena: 9,5/10

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .