Whalesong – “Radiance Of A Thousand Suns” (2020)

Michał „Neithan” Kiełbasa nie potrafi usiedzieć w miejscu. Przez ostatnie dwa lata raczył słuchaczy wspaniałościami z Lifeless Gaze, Grave Of Love, Black Magic Rites, Useless i nie tylko, a w tak zwanym międzyczasie powstawał album jego podstawowego zespołu. Dwupłytowy, trwający ponad sto minut kolos, który jest kwintesencją muzycznych zainteresowań Neithana i Grzegorza Zawadzkiego, a jednocześnie niezwykle sprytnie wymykający się wszelkim próbom gatunkowych przyporządkowań. Różnorodność nowego albumu Whalesong, przemierzająca od industrialu przez różnej maści folki, dron’y, transy, nieodległą od jazzu awangardę, pokręcony metal i nieszablonowy noise rock, dobitnie pokazuje, że jest istotne miejsce dla takiej muzyki na rodzimym podwórku.

Wystarczy spojrzeć na wykorzystane na albumie instrumentarium. Oprócz typowo rockowego, znajdziemy tu m.in. cymbały, gong, akordeon, theremin, wibrafon, saksofon, a także parę przedmiotów z garażowej półki, np. sprężyna czy piła tarczowa. Kolektyw nie traktuje tych wynalazków jako smaczki ozdabiające transowe kompozycje – są one użyte równorzędnie z podstawowym, rockowym zestawem, a nierzadko grają pierwsze skrzypce i nadają charakteru danemu utworowi. Do obsługi niecodziennych instrumentów zaproszono kilku niebagatelnych gości. Na płycie udzielają się Aleksander Papierz (Sigihl), Tomasz Herisz, Vogg (Decapitated, Lux Occulta, Machine Head) i Thor Harris (Swans, Wreckmeister Harmonies, Xiu Xiu). Wrażenie potężne, nawet bez słuchania.

Ten album to przede wszystkim jeden wielki trans. Rozpoczynający dzieło Black Hole stanowi wstęp do rozbudowanej, opartej na nieszablonowej rytmice, nacechowanej pierwotnym, industrialnym charakterem drogi, w jaką zabierze nas zespół, a będzie to droga kręta, pełna niespodzianek i zaskakujących meandrów. Niosący słuchacza trans wyjeżdża ze skrzyżowania maszynowego metalu spod znaku Godflesh i niespodziewanie przystępnego noise rocka. Rebirth sunie niczym walec, bez skrętów, za to powoli i do przodu, ale już Opening The Mouth Of Hell to wycieczka w rejony eksplorowane przez mroczne oblicze Davida Tibeta i początki twórczości Death In June. Z kolei Flesh, oparty na potężnym brzmieniu łamiącego kości basu i wszędobylskich dzwonów wygrywających melodie można nazwać industrialną inkarnacją środkowego Scorn. Chwili spokoju zaznamy przy delikatnym Bliss, który można odczytać jako odwróconą, mocno spowolnioną wariację dubowych odjazdów Micka Harrisa, ale nie potrwa ona długo. Dalej już kilkanaście minut czystego, muzycznego dryfu, nierzadko pozbawionego jakiegokolwiek rytmu, przywołującego na myśl pozafolkowe dokonania Current 93, przetkniętego utworem Consumer – chyba najgłośniejszym na płycie metalowo-awangardowym hałasem, momentami kojarzącym się z twórczością wielkiego projektu God.

Mnogość pomysłów, inspiracji, nawiązań i całe pokłady własnego charakteru po prostu przytłaczają. Po pierwszym odsłuchu wiadomo, że album zostanie ze słuchaczem na bardzo długo, bo lista smaczków, nieoczywistości i różnych muzycznych tajemnic zdaje się nie mieć końca. A jednocześnie wszystko jest zaskakująco przystępne, ocierające się o swoiście pojmowaną melodykę, przykuwające uwagę i nie nudzące nawet przez minutę. A jesteśmy dopiero w połowie albumu.

Kulminację tego dzieła stanowi utwór tytułowy – przepotężny, trwający prawie czterdzieści osiem minut pomnik muzycznej awangardy. Sam rozmiar tego numeru przywołuje na myśl Swans, a muzycznych nawiązań do słynnego zespołu jest całkiem sporo (nie tylko z okresu, kiedy udzielał się w nim Thor Harris). Utwór jest podzielony jakby na dwie części, z czego pierwsza jest pochodem maszynowego, surowego rocka z całym dobrodziejstwem inwentarza, zaś druga jest kumulacją wszelkich transów, wolniejszych brzmień opartych na minorowych dźwiękach i jednocześnie wielkim hołdem dla muzycznych patronów albumu. Oczywiście przefiltrowanym przez umysły Kiełbasy i Zawadzkiego.

Przygotujcie się na spotkanie z Whalesong. Nie musicie się spieszyć. Nastawcie się na surowość, szlachetną toporność, muzyczną mechanikę, szum, trans i garść delikatności. Nastawcie się na pokręconą rytmikę, na wielki hałas poprzetykany kojącą ciszą. Zaklepcie sobie dwie godzinki, najlepiej ze słuchawkami, w zamkniętym pomieszczeniu, tak żeby nikt nie przeszkadzał. Posłuchajcie w skupieniu całości, bo to nie jest album do przypadkowego dawkowania. Nic już nie będzie takie samo.

Ocena: 9,5/10

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .