Windhand – „Eternal Return” (2018)

Czy ktoś z Was zastanawiał się kiedyś nad tym, jak wyglądałaby muzyka metalowa bez Black Sabbath? Pytanie to nawiedza mnie od czasu do czasu, szczególnie gdy słucham jakiegoś dobrego stonera albo doomu. Nie inaczej było w czasie przesłuchań najnowszego, czwartego już, albumu pochodzącego z Richmond kwartetu Windhand. Eternal Return to ciężki i zarazem psychodeliczny album reprezentujący nową erę stoner/doomu XXI wieku. Od czasów Black Sabbath, przez rządy Sleep oraz Electric Wizard, scena tego typu grania ciągle ewoluuje. Wciąż powstają nowe twory, choć muzycznie niewiele się zmienia, gdyż bandy tego typu raczej kvltywują standardy gatunku niż eksperymenty. Jednakże, co jakiś czas powstaje płyta, która po wsze czasy zapisze się w annałach stoner/doomu. Czy czwarty krążek amerykanów z Windhand jest tego typu płytą? Cóż, postaram się niżej odpowiedzieć na to pytanie.

Eternal Return to dziewięć utworów zamkniętych w 63 minutach muzyki, którą możemy się cieszyć dzięki amerykańskiej stajni Relapse. Za produkcję tego krążka odpowiedzialny jest Jack Endino (Nirvana, Soundgarden, High on Fire), i to dzięki niemu brzmienie jest brudne, ciężkie oraz zamulone, w ten odpowiedni dla stoner/doomu sposób, choć nie tylko. Pan Endino mając za sobą dziesiątki wyprodukowanych płyt sprawiał, że miejscami (Halcyon, Red Cloud) słychać w muzyce Windhand brzmienia grunge’u lat 90-tych, głównie Nirvany, oraz rocka psychodelicznego końca lat 60-tych.

Kompozycje zawarte na ich czwartej odsłonie są pokazem ponętnej atmosfery zaklętej w stonerowych, ciężkich riffach, rozciągniętych do granic możliwości oraz niesamowitej psychodelii, podlanej subtelnym wokalem Dorthii Cottrell. Urok jej głosu czaruje, szczególnie w prawdopodobnie najwspanialszej balladzie w historii zespołu – Pilgrim’s Rest. To małe wytchnienie, refleksja pomiędzy ciężkimi buldożerami przewalającymi się na tym krążku. Na uwagę zasługuje niemalże najdłuższy – Eyeshine. Utwór ten posiada jeden z najcięższych riffów, jaki udało się stworzyć Windhand – po prostu wbija w ziemię. Zresztą podobnie jest z całą resztą ciężarów, jakie tu znajdziecie. Eternal Return posiada numery równe, mocne i pomimo wyłuszczenia tylko tych dwóch, to wszystkie zasługują na uwagę.

Minusem tego albumu jest brak tekstów we wkładce. Pomimo ciekawej oraz kolorowej okładki, całość wydana jest raczej biednie. Nie rozumiem takiego manewru w muzyce, która przecież posiada teksty. Wiem, że żyjemy w epoce multimedialnej i wystarczy kilka kliknięć by te teksty znaleźć, ale fakt jest faktem. Jak na dzisiejsze czasy, Windhand słabo dba o fanów.

Gdzieś kilka akapitów wyżej zastanawiałem się, czy Eternal Return będzie krążkiem, który mógłby konkurować z wielkimi albumami stoner/doomu. Dla mnie odpowiedź jest jasna, Windhand wydali porządny kawał ciężkiego grania, ale nie ma w tej muzyce tego czegoś, co sprawiłoby, iż urosłaby ona do wielkich rozmiarów. Także to po prostu dobry album, bez żadnych wzlotów, uniesień, czy też zachwytu.

Ocena: 7,5/10

Zespół Windhand na Facebooku.

Tagi: , , , , , , , .