Wino “Live at Roadburn 2009” (2010)

Jeśli nie wiesz, kim jest Scott „Wino” Weinrich i myślałeś, że pod nazwą „Wino” kryje się jakiś młody polski pop-punkowy zespół, który gra dla gimnazjalistów piosenki o tanim winie, to przepraszamy, że przerwaliśmy twój zjazd ku dołowi drabinki społecznej. Możesz już spokojnie wrócić do czegokolwiek, co robiłeś.
Jeśli hasło Born Too Late masz wytatuowane gdziekolwiek na swoim ciele – pomiń następny akapit i czytaj śmiało dalej.
Jeśliś zaś młodym adeptem muzyki okołometalowej, wzbiera w tobie ciekawość, pociąga cię poznawanie wszystkiego co z tą muzyką związane, jeśli chcesz poznawać filary, bogów i tuzy tejże kultury, to wyjaśniam: Scott „Wino” Weinrich to gość stojący m.in. za The Obsessed i Saint Vitus, jednocześnie ojciec chrzestny amerykańskiego doom metalu i jeden z ukochanych ojców stoner metalu. Kiedy mu się nudzi, albo kiedy ma okazję, albo kiedy akurat władze jakiegoś europejskiego kraju deportują go do USA za posiadanie trawki, plumka sobie także solowo.
Jeśli z jakiegoś powodu jeszcze nie wpadliście na to, to wyjaśniam, że Live at Roadburn 2009 jest zapisem koncertu Wino z festiwalu Roadburn 2009 (młody padawanie metalu – Roadburn to taki przezajebisty festiwal dla wszystkich muzycznych odszczepieńców). Weinrich dobrał sobie nie lada koncertową ekipę. Sam rzecz jasna śpiewał i wydzierał brudaśne riffy ze swojej gitary, na basie wtórował mu zmarły niedługo po koncercie Jon Blank (swoją drogą, tak dla informacji i ku przestrodze – przedawkowanie), ale za to w tarabany bije Jean-Paul Gaster, znakomity perkusista Clutch, ale także m.in. King Hobo czy Kamchatka. Zachęcające?
Trio rozpoczęło swój godzinny set bez zbędnych ceregieli, od medleya The Woman in the Orange Pants/Punctuated Equilibrium, by potem metodycznie serwować kolejne brudne kolosy z repertuaru praktycznie wszystkich swoich grup oraz z solowej płyty Punctuated Equilibrium. Trzeba Scottowi oddać, że setlista jest dobrana świetnie – nie poszedł na łatwiznę, bo nie ma na niej choćby wspomnianego Born Too Late, ale za to wszystkie kawałki są równe. Oczywiście przeważają wolne tempa, jak to w tej stylistyce, ale wszyscy jej miłośnicy powinni być uradowani. Na dodatek strasznie podoba mi się to, że słychać wszystkie niedociągnięcia – jak komuś się omsknie rączka, jak Scott odsuwa się od mikrofonu, słychać reakcje publiczności. Wszystko jest autentyczne i żywe, bez dodawanego w studio lukru. Dzięki temu można jeszcze bardziej docenić kunszt muzyków, którzy odstawiają tu pełnego rock’n’rolla na najwyższym poziomie (lubię to we wszystkich lajfach i streamach z Roadburn – koncertówka Solace sprzed paru lat zaczynała się od tego, że muzycy zmagali się z tym, że ginął im bas). Fajne jest też brzmienie, brudne, ciężkie, surowe, ale jednocześnie na tyle selektywne, że co bardziej mięsiste fragmenty nie zamieniają się w nierozszyfrowalną ścianę dźwięku. Zwróćcie choćby uwagę na to, co się dzieje w Release Me/Wild Blue Yonder – wszystkie popisy czyściutkie, bez zająknięcia, a jednocześnie wciągające jak bagno.
Cóż mi zostało. Mogę jedynie stwierdzić, że w 2009 roku na Roadburn Wino dawał radę po całości. Dzisiaj też pewnie daje, bo to jeden z tych starych wiernych sobie do ostatniej kropli krwi. Pełen szacun. A my, całe szczęście, możemy mieć jeszcze kawał frajdy z odsłuchu Live at Roadburn 2009. Zatem szklany w dłoń, skręty między wargi, płyty do odtwarzaczy!

Ocena: 9/10

nmtr
Latest posts by nmtr (see all)

Tagi: , , , , , , .