WitcheR – “A gyertyák csonkig égnek” (2019)

Jeśli myślicie, że życie recenzenta to robota wymarzona, to radzę się zastanowić. Spośród setek przesyłanych do recenzowania albumów znakomita większość to średniaki, miałkie i mdłe, takie od których odechciewa się słuchać muzyki. Jest też trochę krążków kiepskich, a zdarzają się i takie, których nie da się dosłuchać do końca. A trzeba.

A są i chwile słodkie jak lukrecja, ciepłe jak gruby szlafrok i jasne jak wiosenny świt. Chwile, w których ni stąd ni zowąd dostajesz album z pozoru nic nieznaczącej kapeli. A potem następuje błysk!

Węgry to wciąż trochę trzeci świat, jeśli chodzi o ostre odmiany metalu. Nie wiem dlaczego, ale ciężko traktować poważnie kapele, które tworzą w tak niezrozumiałym języku. Toż przecież nawet Finowie (mówiący także po ugrofińsku) są bardziej przyswajalni niż nasze „bratanki”.

A tu nagle zza węgła wyskakuje (z drugim już pełnowymiarowym albumem) duet o chwytliwej nazwie WitcheR. To klasyczny przedstawiciel nurtu atmosferyczno/black metalowego ze wszystkimi przynależnymi temu gatunkowi „plusami dodatnimi i plusami ujemnymi”. Krążek wydany przez mało mi znaną wytwórnię Filosofem Records, ale trudno się dziwić, gdyż adres jest oczywiście węgierski, a na koncie mają jedynie to wydawnictwo. A dlaczego określając nurt, przytoczyłem właśnie to wałęsowskie określenie? Już spieszę z odpowiedzią.

Jaki jest koń, każdy widzi. Nie znajdziemy tu szybkich temp, brutalnych linii melodycznych czy ociekających krwią aranżacji. Nie dopatrzymy się czasek i krzyży w wiadomej pozycji. Wszystko jest lukrowane pierwszoplanowymi klawiszami, a partie strunowe i sekcja rytmiczna sączą się powoli z drugiego planu. WitcheR to taki trochę Falkenbach pomieszany z Summoningiem, tyle że partie wokalne są wyłącznie growlowe, no i trudno dopatrzyć się klimatów skoczno-bitewnych. Tak więc jeśli ktoś nie lubi takiego ulizanego stylu grania, zwymiotuje już gdzieś w połowie drugiego utworu. Ja natomiast wychowałem się na tego typu klimatach, które od zawsze były dla mnie odskocznią od klasycznego black metalu i od dziesięcioleci (tak, mogę tak napisać) koiło moją skołataną duszę. I w przypadku WitcheRa jest dokładnie tak samo. Wszystko jest tak piękne, nastrojowe, melancholijne i nostalgiczne, że te pięć kawałków trwających czterdzieści minut wydaje się kurczyć do dwóch trwających kwadrans. A na okrasę ostatni z utworów to w jakiś sposób udana interpretacja Jeziora Łabędziego, a dokładnie jego bodaj najbardziej znanego ostatniego fragmentu. Tak, drodzy Państwo, Jezioro Łabędzie w wersji black. Trzeba mieć odwagę, nieprawdaż?

Dlatego właśnie pisałem o plusach dodatnich i ujemnych. Podejrzewam, że połowa z Was, zakutych w czarne nakrapiane metalowymi wstawkami zbroje parsknie śmiechem, machnie ręką i przejdzie do następnego artykułu. Ja w tym przypadku radzę być mniej radykalnym i przyjrzeć się temu wydawnictwu. Bo A gyertyák csonkig égnek jest tak dobry, jak dobry może być atmosferyczny black metal. Ja z pewnością będę się przyglądał WitcheRowi z uwagą, a ich pierwszy krążek z roku 2015 (o dźwięcznej nazwie Csendes Domb) nabędę bez wahania. Polecam Bardzo!

 

WitcheR na Bandcamp

WitcheR w Encyklopedii Metalu

Ocena: 8,5/10,0

Tagi: , , , , , , , , , , , .